Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 6 grudnia 2011

33.

Zaraz za ścianą lasu, była już wygodna, szeroka, żwirowa, służąca do transportu drzewa, droga. Od czasu do czasu jeździły po niej długie, ciężarówki z pniami wiekowych drzew. Mijała ona miasto w odległości półtora kilometra i zakręcała na wschód. Byli więc w połowie drogi i mieli za sobą najgorszą jej część. Zbliżało się południe, więc mogli sobie swobodnie godzinkę odpocząć.  
                    Jacek siedząc tak przy kawie i kanapkach, wspominał Joannę i wspólne rozmowy.  Szybko się z nią zaprzyjaźnił i brakowało mu teraz jej obecności. Podróż była marudna, ale za to widoki wspaniałe. Chciałby z nią podziwiać, te zanikające perełki przyrody i pozostałości po prastarej puszczy. Gdy patrzył z wozu na przepiękne drzewa porośnięte od pnia po zielone gałęzie bluszczem. Na grzyby, te jadalne i przyciągające wzrok czerwone muchomory. Chciał zatrzeć w jej pamięci, obraz, tej nieuleczalnej choroby.  
Bo ile cierpienia może znieść taka delikatna dziewczyna? Straciła wszystko co kochała, przez nagłe zjawienie się, podstępnej choroby. Czymże sobie na to zasłużyła. Nikt jej nie wsparł, nikt nie pomógł w chwili gdy tego wsparcia najbardziej potrzebowała. Zostawić samą w takim stanie, to nieludzkie, zabrać dziecko jeszcze bardziej. Człowiek opuszczony przez wszystkich w depresji, nerwicy… Że też się pozbierała. Silna dziewczyna, myślę że z czasem zacznie się wszystko układać po jej myśli. Ja bym chyba na jej miejscu nie dał rady. Ze wstydu, zamknął bym się w domu i nosa nie wytknął poza próg. Bo jak tu wyjść, gdy patrzą na ciebie jak na pijaka. Gdy ciebie o coś pytają, a ty odpowiadasz nieskładnie. Jak wyjść, gdy wpadasz w panikę i ulatuje ci wszystko z pamięci.  Przecież stajesz się mimowolnie kłębkiem nerwów. Czy możesz logicznie myśleć gdy wszystko ci się nie udaje i wypada z rąk. A jak się czujesz, gdy zdaje się życzliwi ludzie, zadają głupie pytania.
I do tego ta depresja. Jesteś świadomy, wiesz że robisz źle i mimowolnie jeszcze pogrążasz się w tym wszystkim. To paranoja, zachorował bym na pewno psychicznie, wariatkowo pewne. Takie myśli szybko przebiegały przez jego głowę. Im bardziej myślał o Joannie, tym mocniej ją podziwiał.  Zatęsknił za nią, spoglądając na tą wspaniałą panoramę którą miał przed oczami.  

                    Położył się na ławie, pod głowę podłożył torbę i zapalił skręta. Obserwował niebo i majestatyczne chmury sunące po nim. Po chwili spał już odurzony krystalicznym powietrzem, szumem drzew i pluskiem spadającej z wodospadu wody. Obudziło go szczeknięcie Rusłana. Gonił po łące za uciekającym zającem. Otworzył oko i chwilę obserwował jego daremną pogoń.  Spojrzał na zegarek. Minęło południe, czas się zbierać.
                    Wstał, spakował się, podszedł do konia, który oddalił się nieco w kierunku jeziora. Było pięknie ciepło i słonecznie. Aż żal żegnać się z tym pięknym miejscem. Cóż, musiał jechać dalej. Zaprzągł konia, rzucił torbę na wóz, zagwizdał na Rusłana. Chciał go zabrać na wóz, ale nie było mu to w głowie. Kręcił się dookoła wozu, uciekał i nijak nie dawał się złapać. Jacek więc ustąpił, chcesz biec, to biegnij. Tylko nie wpadnij pod samochód.
                    Wsiadł na wóz i ruszył. Przejechał przez łąkę. Od drogi oddzielał go już tylko kilkudziesięciometrowy pas drzew. Wjechał ostrożnie na żwirową, szeroką drogę. Przejechał na drugą stronę. Nie był to przyjemny widok, jak ten do tej pory.
Rzadko ktoś tutaj jeździł. Ale jak jechał, wzniecał za sobą wciskający się wszędzie, kurz. Drzewa przy niej rosnące były przykryte szarym pyłem. Do rozwidlenia prowadzącego do miasta, a to był spory kawałek, minęło ich trzy ciężarówki pełne drewna i jedna pusta. Mimo to, wóz jednak zdążył pokryć się kurzem.
Jacek przykrywał się przy każdym spotkaniu z ciężarówką derką, więc nie ucierpiał  mocno. Rusłan na ich widok, ze strachu uciekał do lasu ciągnącego się przez cały czas aż do miasta. Podróż minęła szybko i bez problemu.
                                                                                                      ***

poniedziałek, 5 grudnia 2011

32.

Powoli zostawał w tyle, podmokły teren. Droga zaczęła się wznosić, a powietrze robić suchszym. Podążali w kierunku gór. Widoki zmieniły się diametralnie. Koło drogi były suche trawy i wyblakłe krzaki. Między nimi zaczęły się ukazywać szare porośnięte porostami skały. Droga stała się nierówna i wyboista. Zaczęło mocno trząść i trzeba było siedzieć prawie w kuckach opierając się na podkurczonych nogach, by sobie czegoś nie odbić. To nie był zbyt przyjemny odcinek drogi.
Niewygody wszakże, równoważyły wspaniałe widoki. Z jednej strony nizina z wijącą się w niej rzeką. Z drugiej wznoszące się skaliste pagórki i niskie, iglaste drzewa w śród różnokolorowych krzewów. Wyglądały one czasami jak bonzai uformowane przez domorosłego artystę, z pokręconymi, obnażonymi korzeniami.
Powoli zbliżali się ku najpiękniejszemu odcinkowi ich drogi. W przeciągu kilometra terem się wyrównał. Za zakrętem pojawiła się niespodziewanie, jakby z innej bajki, porośnięta niską trawą olbrzymia polana. Jej granice znowu porastały liściaste zarośla i drzewa.  
Na wprost ukazała się ściana gór, ze spadającymi z nich modro-srebrzystymi wstążkami wodospadu. U jego podnóża było ciemne, prawie granatowe lustro jeziora, do którego dostęp ułatwiał teren porośnięty niską soczyście zieloną trawą. Wkopane były tam ławy i stoły. Z grubych przepiłowanych na pół pni wielkich drzew.
Kaskada skał przy wodospadzie, od samej góry po jezioro, porośnięta była starymi wykręconymi krzakami i grubym, przypominającym gąbkę,  kobiercem z mchu. Był tam też, wypływający z jeziorka, ledwo widoczny strumień, który natychmiast skrywał się w pobliskich zaroślach i lesie.
To było wspaniałe miejsce na odpoczynek. Jacek wyprzągł konia i puścił go wolno na soczystą trawę. Wystawił z  torby na stół kawę i kanapki, oraz dał Rusłanowi jego posiłek. Zasiadł jak król na szerokiej ławie i zaczął powoli jeść, kompletując widoki.
Można było tam spokojnie organizować wesela, czy duże festyny. Stoły były bardzo szerokie i mogły pomieścić moc jedzenia i picia. Było tam także miejsce na ułożenie podłogi z desek, by zgromadzone tam towarzystwo, mogło się pobawić przy dźwiękach muzyki, albo obserwować występy kapel czy innych zespołów muzycznych. Piękne, wspaniale położone miejsce.
                     
                                                                                                  *** 
31.

Obudził go w nocy sen, a raczej koszmar. Że dopadło go w lesie dwóch drabów. Związali go grubym powrozem i chcieli przepiłować na pół drewnianą  piłą. Wściekle się bronił wywijał i krzyczał. I gdy już piła dotykała jego ciała i już prawie czół na skórze jej zęby… Obudził się cały mokry i przerażony. Z początku nie wiedział gdzie jest i co się z nim dzieje. Po chwili jednak zorientował się że to tylko makabryczny sen i zaczął dziękować Bogu, że to nie była rzeczywistość.
Spojrzał na budzik, dochodziła trzecia. Chociaż miał jeszcze pół godziny do tego by zaterkotał, zdecydował się jednak wstać. Przecież i tak po takim koszmarze nie zaśnie. Wstał, zapalił lampę i rozpalił w piecu. Usmażył sobie jajka na bekonie  i zaparzył kawę do termosu na drogę. Zrobił też przy okazji z resztek chleba, kanapki z konserwą i coś na ząb dla Rusłana by nie padł podczas podróży z głodu.
Otworzył drzwi, zawołał psa by go przed wyjazdem nakarmić i sam usiadł do stołu.  Zjadł szybko, bo gdy coś miał robić nie lubił się ociągać. Poza tym, był nieco podenerwowany. Gdy usiądzie już do wozu i wyjedzie z podwórka, to będzie miał dużo czasu by spokojnie przetrawić ten wyjazd.
Spakował jedzenie i kawę do torby podręcznej. Wyszedł na dwór, spojrzał w niebo i odetchnął z zadowolenia. Było jeszcze chłodno, jednak różowa łuna od wschodu zapowiada piękny słoneczny dzień. Wszedł pogwizdując do stajni, załadował do worka siana. Nigdy przecież nie wiadomo co się może w drodze się przydarzyć. Podprowadził konia do wozu, zaprzągł go i wrócił na chwilę do domu. Sprawdził czy w piecu nie na już żaru, wziął torbę i przysiadł rosyjskim zwyczajem przed wyjściem.
W Końcu zamknął chatę na kłódkę, wskoczył na ławkę, cmoknął na konia i spokojnie wyjechał z podwórka. Rusłan tak jak wczoraj, biegł grzecznie to przy  koniu.
Wyprzedzał go czasem nieco, to zostawał z tyłu, za wozem, jakby sprawdzając czy wszystko jest w porządku. Jacek zaplanował wziąć go na wóz, gdy się zmęczy, ale teraz psa rozpierała ciekawość i energia. Zjeżdżali wąską dróżką w dół pagórka. Zjeżdżało im się z górki bez problemu, bo wóz był zaopatrzony w  ręczny hamulec.
W dole droga zaczynała się robić szersza. Koła już miały swoje koleiny, a i pagórki robiły się coraz łagodniejsze. Jacek sięgnął do swojej sakiewki zrobił skręta, zapalił i zaciągnął się głęboko. Reszta drogi powinna już minąć spokojnie, więc nie spodziewając się problemów usiadł wygodnie, opierając nogi na podnóżku. Mógł teraz swobodnie rozglądać się na boki, podziwiając leśne  zakątki. Drzewa były porośnięte mchem i porostami. Miejscami oplatały je wiecznie zielone bluszcze i niezwykle rzadkie, jakby specjalnie posadzone dzikie klematisy. W jednym miejscu, las nawet porastały gęste kłącza oblepionego srebrzystymi szyszkami chmielu. Wszystko czasami ginęło, w pasmach mlecznej mgły, tworząc bajeczne widoki. 
Pomału zarośla i las zaczął  rzednąć. Oczom jego  ukazała się skąpana w słońcu łąka oraz porośnięta trzcinami kręta rzeka. W jej zakolach tworzyły się wysepki z kolorowych krzewów oraz smukłych, zbitych w kępy, biało-brunatnych teraz brzóz. Zrobiło się ciepło. Zdjął kurtkę i podwinął rękawy w koszuli. Zbliżał się do brodu. Przystanął Tam i napoił konia. Rusłan też musiał być bardzo spragniony, bo wlazł w wodę po brzuch i pił łapczywie. Po krótkim odpoczynku, przejechali na drugą stronę rzeki.

                                                                              ***

niedziela, 4 grudnia 2011

30.

          Spało mu się dzisiaj wyjątkowo dobrze. Może dlatego że po północy zaczęło padać, a szum deszczu usypiał go i uspokajał. Obudziło go dopiero słońce. Będąc już wysoko na niebie wpadło i wesoło zajrzało do sypialni. Przeciągną się i ziewną na powitanie dnia.
Dzisiaj  przejrzał  wóz, którym jutro wyruszy w tą męczącą no i dość niebezpieczną podróż. Droga jest kamienista i czasami bardzo stroma. Pomagał mu w tym, a raczej przeszkadzał Rusłan, który do wszystkiego musiał wsadzić swój ciekawski nos. Wóz stał pod plandeką, obok pomieszczenia gospodarczego. Było to coś przypominającego powóz Mormonów, tylko bez tej szpecącej czarnej budy. Był nie za wielki i miał nieproporcjonalnie duże koła. Były one gumowane, dzięki temu łatwo się toczył i był stabilny. Miał jednak i wady, był twardy i bez resorowanego siedziska można było by sobie odbić tyłek, a poza tym był wysoki. Ciężki do załadunku. No, ale jak to mówią, darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda…  To był prezent od sąsiada dziadka. Jemu się już nie przyda, a Jackowi jak znalazł.   
                    Odkrył plandekę, przetarł kurz nagromadzony przez ostatnie tygodnie. Sprawdził koła, zaczepy. Wszystko było w porządku. Nasmarowane i zadbane. Przetoczył go ręcznie przed dom i właściwie wóz był gotów do drogi. Podparł koła by się nigdzie sam nie potoczył i zaczął ładować na niego worki na zboże i mąkę, puste skrzynki na konserwy. Do jednej z pustych skrzyń z pokrywą, załadował przygotowane skóry. Przykrył ładunek plandeką i obwiązał.
Zostało mu umocowanie siedziska i daszka służącego do ochrony przed słońcem i deszczem. Miał z tym trochę kłopotu, bo trzeba było przykręcić kilka śrub. Samemu bez pomocy było to dość niewygodne. Miał jednak w tym praktykę. Tu coś podłożył tam podniósł i gotowe. Daszek był składany, podobny trochę do tych z dorożek. Brezentowy, zabezpieczony przed przemakaniem. Obszedł jeszcze raz wóz dookoła, by sprawdzić czy czegoś nie zapomniał. Pojazd przedstawiał się znakomicie.
                    Wrócił do domu i rozpalił w piecu. Zajął się przygotowaniem obiadu. Po nim mógł już spokojnie usiąść w swoim ulubionym fotelu, wypić kawę i zapalić skręta, na ganku. Dziś zrobił sobie święto, nalał sobie szklaneczkę nalewki z  głogu. Myślał i planował jutrzejszy wyjazd. Jaką trasę wybrać, z kim się spotka po przyjeździe.
Bo mimo że przyzwyczaił się już do życia w puszczy i życiem w odosobnieniu. Zawsze cieszył z takiej podróży. Z rozmowy z rodziną, plotek ze znajomymi, zakupów. A nawet ze zwykłej wizyty u fryzjera. Potem jednak, po kilku dniach zmęczony wizytami, cieszył się znowu z powrotu do domu. Do wygodnego łóżka, ciszy i spokoju.
                                                                                                  *** 

piątek, 2 grudnia 2011

29.

                    Joanna położyła na żarzącym się jeszcze popiele kilka cienkich polan, które zajęły się w mig migotliwym ogniem i zaczęła podgrzewać, nie w pełni wystygłe jeszcze kawałki pieczonego mięsiwa w piekarniku. Kartofle miała już obrane, postawiła je na największej fajerce, by szybko się ugotowały. Usiadła potem przy stole obok Jacka i przed posiłkiem, popijali sobie dla apetytu jego nalewkę. Ślicznie wyglądali, Twarze ich były radosne i tryskały energią. Przekomarzali się i rozmawiali, jakby się znali już od lat.
                    – Jak jedziesz do miasta, to może byś wpadł przy okazji do mojego stryja? Przekazał, że u mnie wszystko w porządku, żeby się nie martwili. A może wybiera się w odwiedziny?
                    – Nie ma sprawy. Jutro przygotuję wóz, Obrządzę wszystko, bym na  kilka dni mógł spokojnie wyjechać. Wrócę najprawdopodobniej po trzech dniach. Nie będę się śpieszył, trzy dni chyba wystarczy. Sprzedam skóry, zajrzę do banku, zobaczyć jak tam stoją moje fundusze. Poodwiedzam wszystkich, wpadnę na cmentarz. W sklepie zostawię listę zakupów by je rano przed powrotem zabrać na pakę. Marzę tylko o jednym. Pięknej, ciepłej, bezdeszczowej pogodzie. Nie ciągnie ciebie do miasta? Moglibyśmy razem pojechać.
– Wiesz, nie. Trzyma mnie tu jeszcze kilka spraw. Ogród… i chciała bym spokojnie coś namalować. No i poleniuchować. Bo skoro nie mogę się przemęczać…
                    – Jasne. Bo jak ja przyjeżdżam to nigdy nie masz na nic czasu...
                    – Tak, masz zupełną rację. – Zaśmieli się spoglądając sobie w oczy.
                    – Może już jedzenie gotowe? – Joanna wstała i zaczęła nakrywać do stołu. Wyjęła z piekarnika pieczeń i przełożyła ją na półmisek. Sos przelała do sosjerki. Na kartofle musieli jeszcze kilka minut poczekać.
Potem pałaszowali wygłodzeni, aż im się uszy trzęsły. Nawet Rusłan dostał co nie co z przygotowanej pieczeni. Rozmawiali przy posiłku, to o tym to owym, aż przeszli znowu do ciasta i nalewki.  
Po godzinie, syci i w dobrych humorach, musieli się już żegnać bo słońce zbliżało się nieubłaganie ku zachodowi. Jacek by nie jechać  zupełnie po ciemku, musiał już wyruszyć. Wyszli na podwórek, zdjął koniowi powróz i oddał go Joannie z podziękowaniem. Osiodłał konia, chwilę bawił się popręgiem, bo coś mu się tam zacięło, i po chwili był już gotowy do drogi. Przytulił się do Joanny, pocałował ją w policzek. Dziękując za wspaniały dzień i wykwintny posiłek wsiadł na konia. Pomachał jeszcze raz na pożegnanie, zagwizdał na Rusłana i kłusem wyruszyli w powrotną drogę do domu.  
                   
                                                                                                  ***
28.

– Nie wiem, mam bardzo mieszane uczucia gdy myślę o moim mężu. Zostawił mnie samą wtedy gdy go najbardziej potrzebowałam. Ale jednocześnie byłam wtedy najbardziej mu obca i co tu dużo mówić, wredna. Zabrał mi wtedy dziecko, ale czy je wtedy sama nie krzywdziłam? Wiele nocy i dni przepłakałam. Bardzo, bardzo tęsknie za synkiem. Czy mi kiedyś wybaczy, czy pozwoli kiedykolwiek sobie wytłumaczyć co się ze mną działo i dlaczego ich nie szukałam? – Znowu przerwała i szli w milczeniu dłuższą chwilę. Myśli ich gdzieś krążyły. Jedno myślało u swoim synu i utraconym życiu. Drugie o cierpieniu, chorobie i o tym co ludzie odczuwają tracąc najbliższych, w różnych kolejach losu. 
                    – Nigdy nie myślałaś by ich odszukać?
                    – Próbowałam, nawet rozmawiałam się z rodziną męża. Ale nikt nie potrafił, czy nie chciał powiedzieć gdzie są. Prosiłam że gdyby się odezwali, przekazali mu że jest już lepiej i chciała bym się z nimi skontaktować, że bardzo tęsknię.
Myślę że nie chcą dopuścić do kontaktu. Wiem chyba dlaczego, obawiają się powrotu depresji i rzutów choroby. A ja już tyle pracy włożyłam by wrócić do zdrowia. Zaczęłam pracować nad sobą, nie mam depresji. Oprócz  delikatnego plątania się w rozmowie gdy się stresuję i lekkiego potykania, nie widać że choruję. Chodziłam na rehabilitację, dużo spacerowałam nawet pływałam. Ćwiczyłam pamięć ucząc się i rozwiązując krzyżówki. Jestem w sumie pod stałą opieką neurologa i psychiatry. Prawie jest już normalnie. Nie dam rady zatańczyć, chociaż, jakby ktoś umiejętnie poprowadził... – Uśmiechnęła się nieśmiało.  
                    – Wiesz, wygadałam się i jest mi lżej, po prostu mi ulżyło. Z nikim tak o tym nie rozmawiałam, jak z Tobą. Jesteś wspaniałym słuchaczem. – Bo prawię frazesy i komplementy? Wiesz, naprawdę przyjemnie mi się z tobą spędza czas i uważam że nic takiego nie zrobiłem. Ale, jeśli pomogłem Ci tylko swoją obecnością, jest mi niezwykle miło. Fajnie mi jest tak z tobą spacerować, słuchać twoich myśli. Jesteś wspaniałym kompanem. – Joanna spojrzała na Jacka. – Nie uważasz że już zrobiło się za słodko?
–Zaśmieli się obydwoje. Przeszli milcząc spory kawałek. Pierwsza odezwała się Joanna.
– Ślicznie prawda? Kocham jesień, słońce i lenistwo.
– I słodkie towarzystwo.  – Śmieli się już obydwoje zaraźliwie. Nawet Rusłan stanął i przyglądał się im z zaciekawieniem.
– Co im się stało? – Pewnie myślał – dlaczego tak hałasują? Zachowują się jakby flirtowali ze sobą. Chyba podbiegnę i ich poliżę. Podbiegł, stanął przed nimi na tylnych łapach i zaczął lizać po ich dłoniach, twarzy. A oni śmiejąc się, bronili się przed jego poufałościami, żartowali i udawali że go odpychają. Ale to przynosiło odwrotny skutek. Rozbiegli się i Rusłan biegał od jednego do drugiego piszcząc, skacząc i liżąc bezkarnie. Zaczęli się tarzać w trawie, udając z nim zapasy, siłując się i bawiąc się bez skrępowania. Tak się bawili aż zabrakło im tchu. Pies widząc, że już mają dość, a jego jeszcze rozsadza energia. Zaczął latać po polanie i udawać że czegoś szuka. Ogon przy tym latał mu w obie strony tak szybko, że sprawiał wrażenie wachlarza.  
                    Joanna i Jacek leżąc obok siebie, chwycili się za ręce i ciężko dysząc, patrzyli w niebo. Na stada ptaków odbywających próbę generalną przed odlotem na zimę i na płynące chmury, rozrywające się zanikające i tworzące różne kształty. Zaczęli je nazywać i wymyślać do czego są podobne. Śmiejąc się przy tymi przekomarzając. W takim to romantycznym nastroju mijał im czas, aż obydwoje poczuli że są głodni. Pomału zaczęli się zbierać. Gwiżdżąc na Rusłana udali się w kierunku domu.
                   
                                                                                                  ***

czwartek, 1 grudnia 2011

27.

Joanna spojrzała na Jacka.
– Rozgadałam się a ty mi nie przerywasz. Pewnie Cię zanudzam. – spytała.
– Nie Joanno, to co mówisz jest takie prawdziwe i takie, eee, intymne, że tylko słuchałem. W takich momentach się nie przerywa. Na takie ulotne wyznania trzeba sobie zasłużyć. Jestem wzruszony że mi zaufałaś. Przez to poznałem Cię bardziej i stałaś mi się bardziej bliska. Smutna jest ta Twoja historia.
– Nie mniej smutna jak Twoja Jacku. Obydwoje bezpowrotnie straciliśmy wszystko co kochaliśmy. Tylko ja ze swojej winy. No i niestety, obydwoje musimy z tym żyć…  
– Nie ze swojej winy nie ze swojej… To jest wina choroby,  jednej, drugiej. Depresję można wyleczyć, ale najgorsze jest to, że gdy kogoś najbardziej potrzebujemy, ten nas opuszcza. Gdy jest dobrze, to jest wesoło, jest miłość i przyjaciele. Gdy pojawi się choroba , nie wiedzą jak postąpić. Są w szoku, to ich też dotyczy.  
–  Masz rację Jacku. Tylko że człowiek chory nie ma wpływu i na postępy choroby i na swoje zachowanie. Jest bezbronny. Potrzebuje wsparcia, a tu stop. Mur. Tylko frazesy, bąkania, trzymaj się, jakoś to będzie... Najprościej jest wtedy odpuścić, powiedzieć nie mam siły, jesteś głupi, idź się lecz, zmień się,  jak nie to, twoja sprawa. Mam tego dość, chcę czegoś innego odżycia.
Chory który nie ma wpływu na swoje zachowanie, popada w coraz większą depresję. Czuje że jest ciężarem. Nie ma siły walczyć. Nawet nie wie że może. Odpuszcza, zostaje sam. A wystarczy tylko wyrozumiałość i cierpliwość otoczenia. Potrzeba kogoś kto mimo jego niechęci, jak czołg będzie go wspierać. Nie będzie zwracać uwagi na jego raniące słowa. Spuści głowę i zajmie się pomocą. Namówi do pójścia do lekarza, zażycia leków. Spokojnie wskaże jego błędy. W sumie, przecież często bywa bliską osobą. Wiem Jacku. To teoria, ale czy tylko? Jeżeli jest miłość, przy tym mądrość i oddanie. To czy to tylko teoria? – Zamilkła.      
– Wiesz, myślę że niektórzy ludzie postępują czasem tak jak zwierzęta. Opuszczają chorego, a czasem nawet zagryzają… Chore osobniki, albo stare, muszą odejść od stada i umrzeć. Ekstremiści twierdzą że trzeba chorych odseparowywać, dobić, spuścić ze skały. Geny zostały przekazane, dzieci odchowane, już nie jesteś potrzebny, pora odejść. Musisz dać miejsce innym zdrowym, silnym. Człowiek mimo że jest cywilizowany, to jest zwierzęciem i czasem tak się zachowuje.
Takiemu nie przyjdzie mu do głowy że sam wkrótce może zachorować, albo mieć wypadek, zostać kaleką. Że wszystko co w tej chwili ma, może zabrać woda, huragan, czy bandyta…
 Tak, jeden przypomina wilka, drugi mędrca i Greckiego filozofa. Ludzie muszą wykazać się humanizmem. Chyba do diabła po to jest ta cała ewolucja…
– Dobrze to ująłeś. Zgadzam się. Masz rację. Musisz mieć duże doświadczenie. Nie raz musiałeś dostać kopniaka od życia. – Uśmiechnęła się i chwyciła go za rękę. – Dosyć tych smutnych refleksji. Mam propozycję, jest śliczna pogoda, może pójdziemy się przejść? A potem wrócimy i coś zjemy.
– Świetny pomysł. Masz rację, szkoda takiego dnia na smutki i siedzenie w domu.
Joanna wstała, przykryła ciasto szmatką i sprzątnęła naczynia. Jacek chciał pomóc jej pozmywać, ale odłożyli to na później. Rusłan tak się cieszył na spacer że biegał wkoło nich machając ogonem i popiskując, że nie dali rady nic zrobić. Musieli wyjść natychmiast. Gdy otworzyli drzwi, od razu wyskoczył jak z procy i zaczął krążyć wokoło podwórza, robiąc w biegu różne uniki i zwody. Patrzyli tak dłuższą chwilę, śmiejąc się i komentując jego wygłupy. Potem Jacek ulżył koniowi. Zdjął mu siodło i uwiązał go na trawie, na długim powrozie który podała mu Joanna.
Wzięli się potem pod ręce i poszli wolno ścieżką w kierunku polany gdzie się pierwszy raz spotkali, Pies wesoło biegał to tu to tam, nie oddalając zbytnio od spacerujących.  
                    – Powiedz mi Joanno, bo chciałbym wiedzieć. Naprawdę nie masz nikogo bliskiego oprócz stryja, który udostępnił Ci ten domek?
                    – Ze stryjem miałam bardzo luźny kontakt. Rzadko się widywaliśmy i tak naprawdę nie wiedział że choruję. Dopiero później jak już byłam pod opieką psychiatry nawiązaliśmy bliższy kontakt. Teraz jeszcze bardziej się pogłębił. On i jego rodzina są mi teraz najbliżsi. Inni, no cóż, starałam się przepraszać, wytłumaczyć swoje postępowanie, ale to już jest nie to. Niektórych odstrasza psychiatra, myślą sobie Bóg wie co. Że mam świra i w ogóle. Inni nie mogą się do mnie przekonać, bo mam SM. Innym sama nie potrafię już zaufać jak kiedyś. A inni ...  
– Za dużo przykrych słów padło z obu stron. Trudno to wybaczyć. Ale myślę że to moje SM najbardziej teraz przeszkadza. Nie wiedzą jak mnie teraz traktować. Spacerując kuleję, nie mogę się przemęczać.
Pamiętają jak się zataczałam. Jak potykałam się, wpadałam na ludzi. Wtedy udawali że mnie nie znają, teraz się tego wstydzą. Ja ich rozumiem, im też jest trudno. Z jednej strony im współczuję, z drugiej mam żal. Ot i takie są relacje między nami.
Był taki okres że miałam kłopoty z pamięcią. Jacku, wpadałem normalnie w panikę. Na zewnątrz starałam się tego nie okazywać, wstydziłam się, ale co się działo w środku… Mój Boże. Wracałam do domu z mokrymi oczyma i starałam się opanować. O tym prawie nikt nie wie.
Pewnie to dobrze, bo miałabym jeszcze mniej znajomych. Później do sklepu chodziłam z listą zakupów, czasami była zapisana tam tylko jedna rzecz. To był bardzo przykry okres w moim życiu. Denerwowałam się, a stres wyładowywałam na najbliższych. Gdybym mówiła jak mi jest ciężko, co myślę, to było by dobrze, pewnie by mnie z czasem zrozumiano. Ale ja się czepiałam o jakiś grymas, o słowo. Że coś nie leży tam powinno. Naprawdę o takie głupoty. Przez to straciłam męża, nie miał dość siły. Zabrał ze sobą naszego czteroletniego synka, który obserwując mnie nie wiedział o co tu chodzi. Wyjechali gdzieś za granicę i nie mam z nimi żadnego kontaktu. Nawet nie wiem gdzie są. Bardzo tęsknię za synem, bardzo mi go brakuje.
                    Po policzku popłynęły jej łzy i przerwała na chwilę opowieść. Jacek nie miał odwagi by coś powiedzieć, więc milcząc szli dalej. Wyszli z cienia lasu i poszli skrajem polany. Słońce świeciło i od razu zrobiło się im ciepło. Zdjęli lekkie kurtki które mieli na sobie i zawiązując rękawy obwiązali się w pasie.