Łączna liczba wyświetleń

środa, 12 czerwca 2013

            208.
             CD…
Wszyscy szukają swego miejsca i celu w życiu. Żyją w takich czasach i dostosowują się do zaistniałych warunków. Moja mama pochodzi z tych stron i jest wiary prawosławnej. Pradziadkowie, tak jak wiele rodzin przed pierwszą wojną światową, jako „Bierzeńcy” uciekali zostawiając swoje gospodarstwo przed Niemcami do Rosji. Po wojnie wrócili do zdewastowanego.
Rodzina mego ojca była katolicka i przyjechała gdzieś ze środkowej Polski. Pradziadek szukał gliny by zainwestować w cegielnię. Udało mu się, ale po II wojnie światowej jego synom już cegielnię odebrano... Z babki strony mam „świętego” któremu batiuszka zniszczył napisy na nagrobku, a moim rodzicom przez kilka lat nie dawano żyć z powodu pochodzenia i różnicy wyznania. Rodzina teścia, też swego czasu położyła się spać na Litwie, a obudziła w Polsce… 
Tego się nie da opisać w kilku słowach. To kawał historii zapisany bliznami na żywym organizmie. Na organizmie naszych bliskich. 
Gdy zachorowałem i zdałem sobie sprawę że nie będę dał rady już prowadzić gospodarstwa, wyprowadziliśmy się do miasta. Pytano nas wówczas, czy nie żal jest nam zostawiać tak pięknej posiadłości. Odpowiadaliśmy że nie… To co zostało w nie zainwestowane, zmienia tylko właściciela. Ja już nie dam rady go rozwijać i w nie inwestować, ale znalazł się ktoś, ktoś zauroczony tym miejscem i dał mu nowe życie…
A to, co zostało w naszej pamięci i tak nie zginie. Pozostanie w naszej pamięci. Zwłaszcza że historia tego miejsca jest opisana i udokumentowana zdjęciami.
Nie głupi wymyślił przysłowie – „Tam dom twój, gdzie twoja rodzina”. A gdy rodzina jest duża, to z natury rzeczy pamiętając o swoich korzeniach, rozchodzi się po świecie i szuka swego miejsca na ziemi… 
Ja nie musiałem szukać swego miejsca daleko. Jako jedynak zamieszkałem w domu w którym miałem szczęście dorastać, w gminie której historię poznawałem jako szkolniak i poznaję ją do dziś. 
 Byłem w każdym zagajniku, każdym zakolu Narwi, czy Świnobrodu. Później poznawałem to z wydanej kilka lat temu „Monografii gminy Michałowo”, mego znajomego Leszka Nosa.
Tu dopiero był tygiel etniczny! Cała historia Polski w pigułce. Wpływy możnowładców z Rusi, wędrówki ludów, puszczańskie zwyczaje prastarych mieszkańców tych rejonów. Potop Szwedzki i palenie wsi wrogich tym wojskom, Przemarsz wojsk Napoleona i ich późniejszy skutek w postaci odwetu Rusi. Powstania, Zabory i sielskie życie wsi. Różni włościanie, dworki, pałace i żal po ich stracie w wojennych pożogach. Bierzeńcy podczas pierwszej wojny, oraz tragedie podczas i po drugiej…
Byłem w szoku gdy się dowiedziałem że wówczas zagłębiem włókiennictwa w regionie nie był Białystok lecz Michałowo. Że najwięcej żyło tu Niemców, potem Żydów, Białorusinów i Ukraińców, a dopiero potem byli Polacy. Jakaż musiała być podczas wojny migracja, ilu ludzi wywieziono, ilu wymordowano. Ile majątków zniszczono, ilu posiadaczy ziemskich musiało je opuścić, by można było powiedzieć że mieszka tu teraz większość Polaków i katolików… 
CDN…

wtorek, 11 czerwca 2013

             207.

Miałem trochę czasu i takie coś mi cię napisało... ;-D

Siedzę sam przy kawiarnianym stoliku, patrzę w okno i wolno piję kawę. Za oknem co chwila zmienia się krajobraz. Nic dziwnego, przecież kręcę się wkoło siedząc na tarasie obrotowej wierzy.
Widok z „Pięknej Góry” zawsze mnie zaskakiwał. Nigdy nie był taki sam. Gołdap jest jedną z ulubionych moich miejscowości. Tam zawsze mam gdzie pójść.
Pogoda jest piękna. Dostrzec można na skraju widnokręgu las, kryjący granicę państwa, oczka jezior, pagórki z wiatrakami i piękną starą część miasta z czerwonej cegły. Wspomnienia, wspomnienia, wspomnienia… 
Siedzę przy stoliku, a oczami wyobraźni widzę już inny obraz… Jest to chwila, gdy z żoną jechaliśmy „Romantyczną Trasą” w Niemczech. Pełną zabytkowych wiosek, zameczków i cudownych widoków… Nie mogę też zapomnieć szerokiej panoramy z okna samolotu, gdy lecieliśmy na wymarzony urlop do Grecji. To była okrągła 25 rocznica naszego ślubu... Wspominam wycieczkę do pięknego Wiednia, Pragi, Budapesztu… Ach jakie mam z nich piękne wspomnienia…
Hmm… Mam mieszane uczucia gdy podziwiam jakiś cudowny zakątek świata i wiem że jest wielu ludzi co znają tylko swoją najbliższą okolicę…. Ja mówię że miałem ciekawe życie, wiele widziałem, a oni, że swojego nigdy by nie zamieniliby na inne…
Gdzie tkwi to coś między nami, co nas różni?
Kiedyś człowiek żył w jednej miejscowości, wykonywał tam jakąś pracę, miał rodzinę, znajomych i był szczęśliwy. Teraz to chyba nie jest nawet możliwe… Już wieki temu ludzie wyjeżdżali do „Nowego Świata za chlebem”. Inni zostając na miejscu bronili tego co mieli przed zakusami wrogów, intruzów, zaborców…
Dwa światy, dwa sposoby na życie i to coś co te dwie rzeczy łączy …
Ci co zostali, wiadomo psioczą, ale nie wyobrażają sobie życia gdzieś indziej. Ci co wyjechali… Tęsknią…
Jedni i drudzy mówią z łezką w oku o patriotyzmie, ojczyźnie i są dumni ze swoich korzeni. Czasy się zmieniają, inaczej się żyje i zamiast ten cały patriotyzm rozbić o kant łóżka, to coraz bardziej wiąże nas wszystkich wspólne pochodzenie i historia. Nie daje się jakoś zamknąć pojęcia patriotyzmu i ojczyzny w starym kufrze na strychu… 
Nawet ja, zdaje się człowiek otwarty i postępowy, jestem dumny ze swojej historii i swoich korzeni… Jako jedyny stworzyłem drzewo genealogiczne, spisałem historię rodziny. Zebrałem fragmenty historii mojego regionu, gminy, miasta…
Jakież było one ciekawe... Jakże pogmatwane i niejednoznaczne… 
Człowiek który nie jest świadomy swojej przeszłości,  porusza się po świecie jak niewidomy. Traci poczucie wartości i tego co jest w życiu ważne. Ogarnia go z czasem zobojętnienie i pustka. Trwa w zawieszeniu bacząc tylko na rodzinę i swoje potrzeby…
Myślę że właśnie to, kieruje nim i bliskimi mu osobami, by podążać ścieżką nieliczenia się z niczym i nikim. Ku walce szczurów, konsumpcyjnemu stylowi życia, życiu na pokaz… 
Myślę, że ja chyba jestem inny… Może zamyślony, może trochę z dystansem, ale już o utrwalonym światopoglądzie… Owszem, nie zawsze był on jednakowy. Musiałem dojrzeć, nacieszyć się rodziną. Przetrwać trudne chwile choroby, zaskakującej diagnozy i wiary w innych, tych co udostępnili mi dostęp do leku za tysiące złotych miesięcznie… Tak, zmienił się mój świat. Co innego stało się ważne, a co innego błahe…
Dorastając, nie brałem do głowy pouczeń rodziców, nauczycieli, znajomych, uważałem że świat należy do mnie i bez mojej zgody nic się nie zmieni. Z czasem zacząłem zauważać, że na coraz więcej spraw nie mam wpływu. Zacząłem zwracać coraz większą uwagę na szczegóły w otaczającym mnie świecie. Zacząłem o tym rozmawiać i poznawać ludzi myślących tak jak ja. Namówili mnie bym został radnym.
To był bardzo ciekawy okres w moim życiu.  
Zauważyłem, że to co się dzieje, nie dzieje się bez powodu. Wszystko ma swoją przyczynę, tkwi ona w bliższej czy dalszej historii… Zacząłem się jej przyglądać. Zauważyłem że wiele z nich zamienia się po latach w legendy, a legendy w plotki.
Trzeba prawdę pieczołowicie zbierać i zapisywać. Na szczęście, są ludzie którzy zarażeni pasją ratowania historii swoich małych ojczyzn, spisali je, wydali i uratowali od zapomnienia. 
Zacząwszy rozmawiać z ludźmi tworzącymi gminną rzeczywistość. Miałem okazję przeczytać książki, monografie i biografie spisane przez niektórych z nich. Zaczął mi się tworzyć w głowie, logiczny ciąg wydarzeń. Interesowała mnie zwłaszcza historia mojej rodziny, na tle tychże relacji. Po latach doszedłem do wniosku że jest ona nadzwyczaj ciekawa. Nie mniej ciekawa niż ta z przeczytanych przeze mnie lektur i szkoda by była żeby została zapomniana. Zacząłem ją więc spisywać.

To była już ostatnia szansa, ostatni moment… Wielu z moich przodków już zmarła, ale jeszcze została ta garstka co pamiętała „dawne czasy”. Pamiętała, lub poznała je z opowiadań swoich dziadków i rodziców. W taki sposób powstawała monografia mojej rodziny. Przy okazji, niby mimochodem tych spotkań, powstawało także drzewo genealogiczne. A że zachorowałem w tym czasie na Stwardnienie Rozsiane, dodałem też i moją historię. Wyszła bardzo ciekawa monografia rodzinna, myślę że dużo warta z punktu widzenia przyszłych pokoleń mej rodziny. Leży ona na półce, w kartonie z napisem „ Archiwum”…
CDN...

niedziela, 2 czerwca 2013

             206.  CD…  
Mówią, że zmieniło się życie ludzi. Rozluźniają się więzy społeczne, rodzinne… Postęp, technika, globalizacja i zmiana mentalności, prowadzi do upośledzenia stosunków międzyludzkich...   
Telefonujemy, piszemy SMS -y, porozumiewamy się za pomocą Internetu. Coraz rzadziej osobiście kontaktujemy się ze sobą. Śpieszymy się, tracimy kontakt i zapominamy sztuki konwersacji…  
Myślę więc że ciekawym sposobem powrotu do „korzeni”, gdy dzieli nas brak czasu i odległość - jest tekst pisany. Pisany do rodziny, prywatny i osobisty. Pobudzający wspomnienia, odczucia, więzi…   
Chciałbym nawiązując do tego, poprosić Was, moich najbliższych, o opisanie waszych odczuć, wspomnień, w czasie zdiagnozowania  u mnie SM-u.
Jaki wpływ miało to na Wasze życie? Co myśleliście gdy dotarła do was wiadomość o mojej chorobie. Jaki wpływ na Was miała moja depresja. Co myślicie o tym teraz, dzisiaj. Jak myślicie co będzie za czas jakiś? …
Często zaskakiwany jestem tym, jak daleko odbiegają myśli, chorego, od myśli członków rodziny… Być może te wyznania będą dla mnie szokiem? Jednak myślę że minęło już tyle czasu od diagnozy, że każdy nabrał do tego już sporego dystansu. Dojrzał, by bez większych emocji do tego wrócić… A może nawet i o tym podyskutować?  
                                                                       ***
To już koniec. Sory… ;-D
Reszta jest za bardzo osobistym i prywatnym wyznaniem moim i mojej rodziny.
Myślę że zrozumiecie… ;-*

piątek, 31 maja 2013

              205. CD.
             Janusz już nie pracuje i nie szuka pracy. Zajmuje się domem. Gotuje obiady, pierze, sprząta. Bawi się komputerem, chodzi do klubu poćwiczyć. Pisze Bloga, wspomnienia, i kompletuje artykuły do rodzinnego archiwum… Czy takie życie go satysfakcjonuje?
Nie…
Wolałby pracować, dorzucić coś do budżetu domowego. Jednak znalezienie pracy w jego stanie i w czasie kryzysu, graniczy z cudem.
Żyją sobie teraz z żoną spokojnie. Odwiedzają znajomych, robią czasem wycieczki. Byli w Danii, Grecji, Czechach i Austrii. Żyją z renty, pensji Marysi i ze skromnych oszczędności które im zostały po sprzedaży gospodarstwa.
Czy to wystarczy? Musi…
***
Jaki wpływ miała choroba na jego życie? Uważam że do czterdziestki, żaden. Choroba zaatakowała go przed trzydziestką, ale nikt o tym fakcie go nie poinformował. Zresztą nie były to przecież jakieś poważne objawy… No może z wyjątkiem tych kilku tygodni z zapaleniem nerwu twarzowego.
Chyba dopiero pobyt w szpitalu i diagnoza uświadomiła mu, że może to być naprawdę coś poważnego. Jednak nawet i wtedy, choroba przez kilka lat, fizycznie mu nie przeszkadzała. Mógł pracować (z pewnymi wyjątkami) i to nawet ciężko. Robił to zresztą ku swojej wielkiej radości i satysfakcji… 
Myślę że dopiero po ukończeniu czterdziestu lat, zdał sobie sprawę że słabnie. Że jak praca, to wyłącznie przy komputerze… Był dosyć sprawny, gdy przystąpił do programu i podano lek… Jednak czy spodziewał się poprawy będąc przez rok królikiem doświadczalnym biorącym być może placebo?
Tysabri, nie ma leczyć SM – u, ma tylko powstrzymywać chorobę. No i chyba u Janusza tak to działa…
***
Największy jednak wpływ na jego życie, nie miała choroba, tylko depresja. To przez nią o mało nie stracił rodziny. To przez nią miał ogromne trudności z odbudowaniem poprawnych stosunków z rodziną i z bliskimi. 
Nieufność innych co do jego osoby, to chyba to co najbardziej mu teraz doskwiera…
Jako „ciężko” doświadczony w tym temacie, może i często to robi, wczuwając się w podobne sytuacje, umiejętnie komuś doradzić.
Nie tylko on jeden ma przecież „patent” na depresję i problemy. Dołki psychiczne ma wiele osób…
Janusz w wielu miejscach szukał pomocy i wie gdzie taką pomoc można znaleźć. Rozumie co inni przeżywają…  
Ci pozostawieni sami sobie, rozdarci, żyjący w dwóch rzeczywistościach, nie umiejący sobie poradzić z upiornymi, wyimaginowanym spektaklami w swojej głowie …
Wielu jego znajomych nie wytrzymało presji środowiska i popełniło samobójstwa. Wielu miało problemy z alkoholem. Jedni wyszli z tego, inni niestety zmarli.
To należy też do bagażu jego doświadczeń...
Tak. To prawda, że choroba, niepełnosprawność, wypadek, a nawet problemy w rodzinie, wpływają na przewartościowanie całego życia. To co kiedyś dodawało skrzydeł, wydawało się ważne, naturalne i zrozumiałe, okazywało się nagle czymś pozornym i zbytecznym…   
Mówiąc to wszystko,  nie należy zapominać, że Janusz miał wsparcie… Obok były osoby, które walczyły o niego… Instynktownie, z poświęceniem, z wiarą.
To właśnie oni, gdy zachorował, zaspokajali jego potrzeby na które nie było go stać. Oni uczestniczyli w jego chorobie nawet swoim kosztem. 
Trzeba uwzględnić także i ich wkład w walkę z tą chorobą. Gdyby nie oni, ich poświęcenie i wsparcie, już dawno musiał by się ubiegać o pomoc, zasiłki i refundacje. Być może straciłby dom, poczucie godności, możliwość leczenia…
Nad jednym się jeszcze zastanawiam kończąc ten wywód… Na ile choroba, czy depresja Janusza wpływała na atmosferę panującą w domu?… - Na ile jego  zaprogramowane przez naturę zachowanie?… A na ile nieumiejętna, impulsywna, intuicyjna wręcz atmosfera panująca w tym czasie w śród członków jego rodziny?…
Odpowiedź jest nadzwyczaj trudna, albo wręcz odwrotnie, bardzo łatwa. Jednak ja nie potrafię na nią jeszcze odpowiedzieć…  
Wiem jedno… Mimo „pewnych przeszkód” w życiu, Janusz jest jednak dużym szczęściarzem…
CDN…       
***

środa, 29 maja 2013

              204. CD.
Po kilkunastu miesiącach, dzięki Urzędowi Pracy i odbytym kursom, Janusz znalazł pracę w studiu graficznym, w firmie robiącej opakowania. Zatrudniono go w ramach aktywizacji zawodowej osób niepełnosprawnych. Pracodawcy dostawali duże dofinansowanie do tych miejsc, a niepełnosprawni mieli pracę.
Była to jego najlepsza i najlżejsza praca. Niestresująca, we wspaniałym młodym zespole. Zajmował się głównie wprowadzaniem do komputera danych z prac stworzonych przez grafików. Pracował po 7 godzin, na popołudniową zmianę.
Przy okazji poznawał programy graficzne, wspomagając się książkami znalezionymi w firmie i podglądając pracę grafików. Jego wiedza szybko rosła. Nabierał poczucia własnej wartości            Szanowano go tam i lubiano. Niestety po roku został zwolniony z powodu braku dalszego finansowania z PEFRON-u
Głupim, oficjalnym wytłumaczeniem zwolnienia stał się problem w pracy, należący do kompetencji informatyków. No cóż bywa i tak.
            Wziąć jednak trzeba pod uwagę, że w tym roku firma pokryła koszty jego okularów, pobytu w sanatorium, jak również jego samodzielnego dokształcania się, za które musiałby na kursach sporo zapłacić. Skorzystał w sumie więc dużo...
Jednak sam moment zwolnienia okazał się bardzo niesympatyczny. Szefostwo nie wykazało ani krzty zrozumienie i wyczucia.  Przychodząc do pracy jak zwykle, jego bezpośredni przełożony zaprosił go do pokoju i oznajmił, że już nie pracuje bo popełnia błędy. Musi zaraz opuścić firmę i oddać identyfikator. Nie było czasu na reakcję i tłumaczenia…
To był wielki szok nie tylko dla Janusza, ale i kolegów z pracy. Wyprowadzono go „ze szklanymi oczami”,  jak przestępcę, bez możliwości pożegnania.
Zakład miał swoje tajemnice służbowe, które były chronione dokumentem lojalnościowym. Być może to zabezpieczenie, było przyczyną tak szybkiego wyprowadzenia go z zakładu. 
Być może powinien był walczyć, ale tak naprawdę nie dano mu nawet takiej szansy…
CDN.
***

wtorek, 28 maja 2013

                   203    CD.
Twisteden koło Kevelaer. To tam znajdowała się filia firmy zajmująca się produkcją pieczarek. Działała w adoptowanych do tego celu Amerykańskich bunkrach. Dzierżawiła tylko ich część. Sporo zajmowały stajnie, garaże, warsztaty, lub magazyny.
Obsługiwały one w większości zawody sportowe. Konie, zwane kłusakami, ciągnęły za sobą lekkie, dwukołowe sulki, czyli pojazdy podobne do rydwanów. Kierowali nimi prawie leżący na nich  woźnice.
Bunkry wynajmowane przez Heveco były duże i żelbetonowe. Pokryte były darniną i krzakami, by z lotu ptaka nie można było ich dostrzec. Posiadały wielkie pancerne drzwi, otwierane za pomocą bloczka łańcuchowego. Budowle były klimatyzowane. Wielkie półki przywożono ciężarówkami co dwa dni z wytwórni, kompostu. Często już rosły na nich dorodne pieczarki.
Januszowi bardzo podobała się ta praca. Pracował z młodymi chłopakami, zdrowymi i silnymi. Nie przyznawał się, że choruje na SM. Chwilowe niedyspozycje zwalał na karb zmęczenia. Był szczęśliwy, że daje radę. Po kilku dniach doszedł do wniosku, że ma jeszcze sporo wolnego czasu i poprosił szefów o więcej pracy. Nie po to przecież przyjechał, by odpoczywać, ale by najszybciej zarobić jak najwięcej Marek.
No i dano mu tą szansę. Zarabiał, najwięcej ze wszystkich. Pracował do dwudziestej trzeciej. Zaczynał pracę o trzeciej. Szefostwo było z Janusza pracy bardzo zadowolone.
W czasie urlopu przyjechała do niego Marysia. Przygotowywała mu posiłki, gdyż schudł bo brakowało mu na nie czasu.  Robiła przetwory z rosnących na bunkrach jeżyn. Smażyła pieczarki i składała do weków, aby zabrać je później do domu. Znalazła też obok dorywczą pracę.
Szefostwo poznało Marysię i zaproponowali jej pracę na następny rok. Dostała też propozycję pracy w Święta i Nowy Rok dla czterech osób, gdy większość robotników wyjeżdżała do domów. Chętnie skorzystali z tego zaproszenia, wzięli jeszcze córkę i koleżankę Marysi z pracy.
***
Latem przyjechali już razem na trzy miesiące, pracowali ile tylko się dało. Janusz pomagał Marysi, a Marysia jemu. Gdy brakowało czasu na robienie posiłków, zarabiali na tyle dobrze by kupować sobie jedzenie w restauracji.  
Pod koniec pobytu  atmosfera między nimi a resztą pracowników, pochodzących w większości ze Śląska, zaczęła się pogarszać. Różnica w zarobkach była bardzo duża. Ślązakom się pracować nie chciało, ale D-Marki lubili.
Powrócili tam jeszcze za rok, ale choroba postępowała i Janusz już się bardziej męczył. Ślązacy, w większości już jawnie, robili im na złość. Zawiść ich była duża... Szefostwo zauważyło te nieprzyjemne incydenty i nie mogło ich dłużej ignorować.
Choć Janusz i Marysia byli lubiani przez szefów,  na następny rok już nie zostali zaproszeni. Podlasie było w mniejszości, a szefowie nie lubili mieć z pracownikami problemów.
Szkoda, bo już największe kredyty mieszkaniowe zostały spłacone. Mogli by już zarabiać na inne potrzeby… Była to pamiętna jesień ataku terrorystycznego na wieże W.T.C.
Marysia, podczas urlopów, jeszcze przez ładnych kilka lat jeździła do Niemiec zarabiać w innej pieczarkarni, w szklarni przy kwiatach, i w hotelu.
Janusza stan, nie pozwalał już na podejmowanie się tak forsownych zajęć.
Odwiedzając później bunkry, Marysia dowiedziała się, że hodowano tam pieczarki jeszcze tylko przez trzy lata. Potem wszystko zostało wywiezione, przeniesione do Horst i zamknięte na kłódki. Sporo z tych bunkrów zostało zamienionych na domy, bungalowy i obiekty wypoczynkowe.         
CDN…                                                                      
***

                 CD.
Twisteden koło Kevelaer. To tam znajdowała się filia firmy zajmująca się produkcją pieczarek. Działała w adoptowanych do tego celu Amerykańskich bunkrach. Dzierżawiła tylko ich część. Sporo zajmowały stajnie, garaże, warsztaty, lub magazyny.
Obsługiwały one w większości zawody sportowe. Konie, zwane kłusakami, ciągnęły za sobą lekkie, dwukołowe sulki, czyli pojazdy podobne do rydwanów. Kierowali nimi prawie leżący na nich  woźnice.
 Bunkry wynajmowane przez Heveco były duże i żelbetonowe. Pokryte były darniną i krzakami, by z lotu ptaka nie można było ich dostrzec. 
Posiadały wielkie pancerne drzwi, otwierane za pomocą bloczka łańcuchowego. Budowle były klimatyzowane. Wielkie półki przywożono ciężarówkami co dwa dni z wytwórni, kompostu. Często już rosły na nich dorodne pieczarki.
Januszowi bardzo podobała się ta praca. Pracował z młodymi chłopakami, zdrowymi i silnymi. Nie przyznawał się, że choruje na SM. Chwilowe niedyspozycje zwalał na karb zmęczenia. Był szczęśliwy, że daje radę. Po kilku dniach doszedł do wniosku, że ma jeszcze sporo wolnego czasu i poprosił szefów o więcej pracy. Nie po to przecież przyjechał, by odpoczywać, ale by najszybciej zarobić jak najwięcej Marek.
No i dano mu tą szansę. Zarabiał, najwięcej ze wszystkich. Pracował do dwudziestej trzeciej. Zaczynał pracę o trzeciej. Szefostwo było z Janusza pracy bardzo zadowolone.
W czasie urlopu przyjechała do niego Marysia. Przygotowywała mu posiłki, gdyż schudł bo brakowało mu na nie czasu.  Robiła przetwory z rosnących na bunkrach jeżyn. Smażyła pieczarki i składała do weków, aby zabrać je później do domu. Znalazła też obok dorywczą pracę.
Szefostwo poznało Marysię i zaproponowali jej pracę na następny rok. Dostała też propozycję pracy w Święta i Nowy Rok dla czterech osób, gdy większość robotników wyjeżdżała do domów. Chętnie skorzystali z tego zaproszenia, wzięli jeszcze córkę i koleżankę Marysi z pracy.
***
Latem przyjechali już razem na trzy miesiące, pracowali ile tylko się dało. Janusz pomagał Marysi, a Marysia jemu. Gdy brakowało czasu na robienie posiłków, zarabiali na tyle dobrze by kupować sobie jedzenie w restauracji.  
Pod koniec pobytu  atmosfera między nimi a resztą pracowników, pochodzących w większości ze Śląska, zaczęła się pogarszać. Różnica w zarobkach była bardzo duża. Ślązakom się pracować nie chciało, ale marki lubili.
Powrócili tam jeszcze za rok, ale choroba postępowała i Janusz już się bardziej męczył. Ślązacy, w większości już jawnie, robili im na złość. Zawiść ich była duża... Szefostwo zauważyło te nieprzyjemne incydenty i nie mogło ich dłużej ignorować.
Choć Janusz i Marysia byli lubiani przez szefów,  na następny rok już nie zostali zaproszeni. Podlasie było w mniejszości, a szefowie nie lubili mieć z pracownikami problemów.
Szkoda, bo już największe kredyty mieszkaniowe zostały spłacone. Mogli by już zarabiać na inne potrzeby… Była to pamiętna jesień ataku terrorystycznego na wieże W.T.C.
Marysia, podczas urlopów, jeszcze przez ładnych kilka lat jeździła do Niemiec zarabiać w innej pieczarkarni, w szklarni przy kwiatach, i w hotelu.
Janusza stan, nie pozwalał już na podejmowanie się tak forsownych zajęć.
Odwiedzając później bunkry, Marysia dowiedziała się, że hodowano tam pieczarki jeszcze tylko przez trzy lata. Potem wszystko zostało wywiezione, przeniesione do Horst i zamknięte na kłódki. Sporo z tych bunkrów zostało zamienionych na domy, bungalowy i obiekty wypoczynkowe.         
CDN…                                                                      
***