Łączna liczba wyświetleń

środa, 29 maja 2013

              204. CD.
Po kilkunastu miesiącach, dzięki Urzędowi Pracy i odbytym kursom, Janusz znalazł pracę w studiu graficznym, w firmie robiącej opakowania. Zatrudniono go w ramach aktywizacji zawodowej osób niepełnosprawnych. Pracodawcy dostawali duże dofinansowanie do tych miejsc, a niepełnosprawni mieli pracę.
Była to jego najlepsza i najlżejsza praca. Niestresująca, we wspaniałym młodym zespole. Zajmował się głównie wprowadzaniem do komputera danych z prac stworzonych przez grafików. Pracował po 7 godzin, na popołudniową zmianę.
Przy okazji poznawał programy graficzne, wspomagając się książkami znalezionymi w firmie i podglądając pracę grafików. Jego wiedza szybko rosła. Nabierał poczucia własnej wartości            Szanowano go tam i lubiano. Niestety po roku został zwolniony z powodu braku dalszego finansowania z PEFRON-u
Głupim, oficjalnym wytłumaczeniem zwolnienia stał się problem w pracy, należący do kompetencji informatyków. No cóż bywa i tak.
            Wziąć jednak trzeba pod uwagę, że w tym roku firma pokryła koszty jego okularów, pobytu w sanatorium, jak również jego samodzielnego dokształcania się, za które musiałby na kursach sporo zapłacić. Skorzystał w sumie więc dużo...
Jednak sam moment zwolnienia okazał się bardzo niesympatyczny. Szefostwo nie wykazało ani krzty zrozumienie i wyczucia.  Przychodząc do pracy jak zwykle, jego bezpośredni przełożony zaprosił go do pokoju i oznajmił, że już nie pracuje bo popełnia błędy. Musi zaraz opuścić firmę i oddać identyfikator. Nie było czasu na reakcję i tłumaczenia…
To był wielki szok nie tylko dla Janusza, ale i kolegów z pracy. Wyprowadzono go „ze szklanymi oczami”,  jak przestępcę, bez możliwości pożegnania.
Zakład miał swoje tajemnice służbowe, które były chronione dokumentem lojalnościowym. Być może to zabezpieczenie, było przyczyną tak szybkiego wyprowadzenia go z zakładu. 
Być może powinien był walczyć, ale tak naprawdę nie dano mu nawet takiej szansy…
CDN.
***

wtorek, 28 maja 2013

                   203    CD.
Twisteden koło Kevelaer. To tam znajdowała się filia firmy zajmująca się produkcją pieczarek. Działała w adoptowanych do tego celu Amerykańskich bunkrach. Dzierżawiła tylko ich część. Sporo zajmowały stajnie, garaże, warsztaty, lub magazyny.
Obsługiwały one w większości zawody sportowe. Konie, zwane kłusakami, ciągnęły za sobą lekkie, dwukołowe sulki, czyli pojazdy podobne do rydwanów. Kierowali nimi prawie leżący na nich  woźnice.
Bunkry wynajmowane przez Heveco były duże i żelbetonowe. Pokryte były darniną i krzakami, by z lotu ptaka nie można było ich dostrzec. Posiadały wielkie pancerne drzwi, otwierane za pomocą bloczka łańcuchowego. Budowle były klimatyzowane. Wielkie półki przywożono ciężarówkami co dwa dni z wytwórni, kompostu. Często już rosły na nich dorodne pieczarki.
Januszowi bardzo podobała się ta praca. Pracował z młodymi chłopakami, zdrowymi i silnymi. Nie przyznawał się, że choruje na SM. Chwilowe niedyspozycje zwalał na karb zmęczenia. Był szczęśliwy, że daje radę. Po kilku dniach doszedł do wniosku, że ma jeszcze sporo wolnego czasu i poprosił szefów o więcej pracy. Nie po to przecież przyjechał, by odpoczywać, ale by najszybciej zarobić jak najwięcej Marek.
No i dano mu tą szansę. Zarabiał, najwięcej ze wszystkich. Pracował do dwudziestej trzeciej. Zaczynał pracę o trzeciej. Szefostwo było z Janusza pracy bardzo zadowolone.
W czasie urlopu przyjechała do niego Marysia. Przygotowywała mu posiłki, gdyż schudł bo brakowało mu na nie czasu.  Robiła przetwory z rosnących na bunkrach jeżyn. Smażyła pieczarki i składała do weków, aby zabrać je później do domu. Znalazła też obok dorywczą pracę.
Szefostwo poznało Marysię i zaproponowali jej pracę na następny rok. Dostała też propozycję pracy w Święta i Nowy Rok dla czterech osób, gdy większość robotników wyjeżdżała do domów. Chętnie skorzystali z tego zaproszenia, wzięli jeszcze córkę i koleżankę Marysi z pracy.
***
Latem przyjechali już razem na trzy miesiące, pracowali ile tylko się dało. Janusz pomagał Marysi, a Marysia jemu. Gdy brakowało czasu na robienie posiłków, zarabiali na tyle dobrze by kupować sobie jedzenie w restauracji.  
Pod koniec pobytu  atmosfera między nimi a resztą pracowników, pochodzących w większości ze Śląska, zaczęła się pogarszać. Różnica w zarobkach była bardzo duża. Ślązakom się pracować nie chciało, ale D-Marki lubili.
Powrócili tam jeszcze za rok, ale choroba postępowała i Janusz już się bardziej męczył. Ślązacy, w większości już jawnie, robili im na złość. Zawiść ich była duża... Szefostwo zauważyło te nieprzyjemne incydenty i nie mogło ich dłużej ignorować.
Choć Janusz i Marysia byli lubiani przez szefów,  na następny rok już nie zostali zaproszeni. Podlasie było w mniejszości, a szefowie nie lubili mieć z pracownikami problemów.
Szkoda, bo już największe kredyty mieszkaniowe zostały spłacone. Mogli by już zarabiać na inne potrzeby… Była to pamiętna jesień ataku terrorystycznego na wieże W.T.C.
Marysia, podczas urlopów, jeszcze przez ładnych kilka lat jeździła do Niemiec zarabiać w innej pieczarkarni, w szklarni przy kwiatach, i w hotelu.
Janusza stan, nie pozwalał już na podejmowanie się tak forsownych zajęć.
Odwiedzając później bunkry, Marysia dowiedziała się, że hodowano tam pieczarki jeszcze tylko przez trzy lata. Potem wszystko zostało wywiezione, przeniesione do Horst i zamknięte na kłódki. Sporo z tych bunkrów zostało zamienionych na domy, bungalowy i obiekty wypoczynkowe.         
CDN…                                                                      
***

                 CD.
Twisteden koło Kevelaer. To tam znajdowała się filia firmy zajmująca się produkcją pieczarek. Działała w adoptowanych do tego celu Amerykańskich bunkrach. Dzierżawiła tylko ich część. Sporo zajmowały stajnie, garaże, warsztaty, lub magazyny.
Obsługiwały one w większości zawody sportowe. Konie, zwane kłusakami, ciągnęły za sobą lekkie, dwukołowe sulki, czyli pojazdy podobne do rydwanów. Kierowali nimi prawie leżący na nich  woźnice.
 Bunkry wynajmowane przez Heveco były duże i żelbetonowe. Pokryte były darniną i krzakami, by z lotu ptaka nie można było ich dostrzec. 
Posiadały wielkie pancerne drzwi, otwierane za pomocą bloczka łańcuchowego. Budowle były klimatyzowane. Wielkie półki przywożono ciężarówkami co dwa dni z wytwórni, kompostu. Często już rosły na nich dorodne pieczarki.
Januszowi bardzo podobała się ta praca. Pracował z młodymi chłopakami, zdrowymi i silnymi. Nie przyznawał się, że choruje na SM. Chwilowe niedyspozycje zwalał na karb zmęczenia. Był szczęśliwy, że daje radę. Po kilku dniach doszedł do wniosku, że ma jeszcze sporo wolnego czasu i poprosił szefów o więcej pracy. Nie po to przecież przyjechał, by odpoczywać, ale by najszybciej zarobić jak najwięcej Marek.
No i dano mu tą szansę. Zarabiał, najwięcej ze wszystkich. Pracował do dwudziestej trzeciej. Zaczynał pracę o trzeciej. Szefostwo było z Janusza pracy bardzo zadowolone.
W czasie urlopu przyjechała do niego Marysia. Przygotowywała mu posiłki, gdyż schudł bo brakowało mu na nie czasu.  Robiła przetwory z rosnących na bunkrach jeżyn. Smażyła pieczarki i składała do weków, aby zabrać je później do domu. Znalazła też obok dorywczą pracę.
Szefostwo poznało Marysię i zaproponowali jej pracę na następny rok. Dostała też propozycję pracy w Święta i Nowy Rok dla czterech osób, gdy większość robotników wyjeżdżała do domów. Chętnie skorzystali z tego zaproszenia, wzięli jeszcze córkę i koleżankę Marysi z pracy.
***
Latem przyjechali już razem na trzy miesiące, pracowali ile tylko się dało. Janusz pomagał Marysi, a Marysia jemu. Gdy brakowało czasu na robienie posiłków, zarabiali na tyle dobrze by kupować sobie jedzenie w restauracji.  
Pod koniec pobytu  atmosfera między nimi a resztą pracowników, pochodzących w większości ze Śląska, zaczęła się pogarszać. Różnica w zarobkach była bardzo duża. Ślązakom się pracować nie chciało, ale marki lubili.
Powrócili tam jeszcze za rok, ale choroba postępowała i Janusz już się bardziej męczył. Ślązacy, w większości już jawnie, robili im na złość. Zawiść ich była duża... Szefostwo zauważyło te nieprzyjemne incydenty i nie mogło ich dłużej ignorować.
Choć Janusz i Marysia byli lubiani przez szefów,  na następny rok już nie zostali zaproszeni. Podlasie było w mniejszości, a szefowie nie lubili mieć z pracownikami problemów.
Szkoda, bo już największe kredyty mieszkaniowe zostały spłacone. Mogli by już zarabiać na inne potrzeby… Była to pamiętna jesień ataku terrorystycznego na wieże W.T.C.
Marysia, podczas urlopów, jeszcze przez ładnych kilka lat jeździła do Niemiec zarabiać w innej pieczarkarni, w szklarni przy kwiatach, i w hotelu.
Janusza stan, nie pozwalał już na podejmowanie się tak forsownych zajęć.
Odwiedzając później bunkry, Marysia dowiedziała się, że hodowano tam pieczarki jeszcze tylko przez trzy lata. Potem wszystko zostało wywiezione, przeniesione do Horst i zamknięte na kłódki. Sporo z tych bunkrów zostało zamienionych na domy, bungalowy i obiekty wypoczynkowe.         
CDN…                                                                      
***

poniedziałek, 27 maja 2013

               202. CD.
Większość tego co udało im się zaoszczędzić, pochodziło z ich pracy w Niemczech. W czasie gdy pracowali za granicą, dziećmi zajmowała się Janusza mama. Wszyscy troje zdawali sobie sprawę, że dobre samopoczucie Janusza nie będzie trwało długo. Że potrzebne są zmiany…   
Praca w gospodarstwie jest stresująca i ciężka. Sytuacja w kraju jest niepewna. Dzieci rosną i trzeba je będzie wykształcić…  
Zaczęli zliczać wszystkie koszty. Zagłębili się w nie, szukając najlepszego rozwiązania. Wniosek z tego był jeden, musieli przenieść się do miasta. Wszystkie koszty kształcenia dzieci w mieście, dojazdy, stracony czas, pokryją się z zakupem mieszkania. O komforcie rodziny i warunkami leczenia SM-u nie wspomnę.   
Zaczęli od poważnej rozmowy z dziećmi. Wspomnieli o przeprowadzce, przygotowywali je na zmianę otoczenia, możliwości utracenia dotychczasowych kontaktów.
Wielkiego sojusznika i olbrzymie wsparcie otrzymali od jego mamy.
Kupili mieszkanie w centrum, niedaleko szpitala.  
Budowa trwała trzy lata i spłata rat była rozłożona na ten  okres. Jakimś cudem udawało im się regularnie te raty płacić i w końcu się przenieść.  
To był bardzo trudny, ciężki i nerwowy okres w ich życiu. Janusz stracił pracę u Kaźmierczaka, niemiecki ogrodnik też już nie chciał ich zaprosić do pracy. Potrzebowali pieniędzy na spłatę kredytów, podłogi, wykończenie łazienek, na meble. A tu znowu kłody pod nogami…  
Pomalutku, w ciemniści zaczęło się im jednak ukazywać nikłe światełko w tunelu. 
Marysia  znalazła wcześniej kilka kroków od domu pracę w szkole. Janusz pojechał do Holandii szukać pracy i ją znalazł. W kraju też nie siedział w domu. Pracował we wspólnocie mieszkaniowej, zajmował się ogrodami na posesjach, pracował w pralni chemicznej…
Jednak najwięcej satysfakcji dało mu znalezienie tej pracy za granicą.  
Gdy już stracił całą nadzieję, za ostatnie pieniądze w kieszeni, pojechał do pieczarkarni, którą zwiedzali z Marysią podczas kursu pieczarkarskiego w Horst.
Znalazł człowieka, który ich wówczas oprowadzał. Telefonicznie umówił się z nim na spotkanie w pensjonacie, w którym zamieszkał. Po niemiecku przedstawił siebie, zachwalał swoje zalety jako wykwalifikowanego pracownika pracującego od dzieciństwa w pieczarkarni i... Udało się…  
Jego przyszły szef zdecydował, że powinni pojechać do Niemiec, gdzie była filia firmy,  i zobaczyć czy da się coś zrobić w tamtejszym „Arbeitsamt -cie”. W urzędzie złożyli potrzebne  dokumenty, odbyli rozmowę. No i Janusz w przyszłym roku mógł pojechać do wymarzonej pracy.
Wracał do domu jak na skrzydłach, radosny i pewny jutrzejszego dnia. Śpiewał w drodze, cieszył się. Natychmiast chciał podzielić się z Marysią tą radosną wiadomością… Wiedział, że nareszcie zła passa została pokonana.
CDN…          
***

czwartek, 23 maja 2013

             201. CD…
Janusz, za namową pani z ośrodka, umówił się wreszcie na spotkanie z psychiatrą. Terapeutka przekonała go, że jest to człowiek, który kształcił się, by pomagać ludziom dokładnie w takich sytuacjach.
Który ma sporo sposobów, w tym też i farmakologiczne, by pomóc pokonywać problemy, z którymi nie umiemy sobie sami poradzić. Dotyczy to przede wszystkim, problemów związanych z nerwicą i depresją. Chorobami, na które cierpi, w samotności, bardzo wielu ludzi. O której się nie mówi, uważając ją za wstydliwe i tabu. 
W gabinecie psychiatry, Janusz też sporo opowiadał o sobie i swoich problemach. O rozterkach i cierpieniach, a także o wpływie jego zachowania na rodzinę. Tu również spotkał człowieka, co wsłuchał się w jego słowa. Nie było już dyskusji, ale były pytania. Dużo pytań na które musiał odpowiedzieć.
Na koniec wizyty, dostał receptę na środki antydepresyjne. Zażywszy je, ukazał mu się świat w zapomnianych od dawna barwach… To był  prawdziwy cud…
W końcu znalazł sposób na pokonanie tej podstępnej, wrednej i wyniszczającej choroby.
Wszystkich którym zaszedł za skórę, poprzepraszał. Zaczął  naprawiać błędy, które przez jego depresję powstały. Wszystko, pomalutku, zaczęło wracać do normy. Zaczął dogadywać się dziećmi, rodziną i bliskimi.
***
Jednak początek tej odnowy, nie był różowy. Ta  nieufność, nagromadzona przez długi czas, wymagała sporego nakładu pracy by zostać przełamaną...
…Ta obawa że wszystko powróci, tkwi w nich do dziś.
Janusz nie bierze już antydepresantów. Nie ma już takiej potrzeby. Z Marysią przeżywają wspaniałe chwile i bardzo dobrze się dogadują.
W stosunku do dzieci, no cóż, wypracował metodę latającego gdzieś nad chmurami orła, który z wysokości dba o ich bezpieczeństwo. Który w razie potrzeby zniży lot, zainterweniuje, by mogli w spokoju i poczuciu bezpieczeństwa, oddawać się temu, co sprawia im przyjemność, radość i satysfakcję. Nie narzuca się im ze swym zdaniem. Boi się, że powracające zaufanie, może znowu, przez nieodpowiednie komentarze, być utracone.
Nie wie, czy postępuje właściwie. Nikt mu na to nie odpowie. Zaufał instynktowi i podąża w kierunku zgodnym z jego podpowiedziami. Wie, że postępował źle i stara się, mimo swej ułomnej naturze, odwdzięczyć za to, że wytrwano przy nim do końca…
***
Opisałem powyżej wszystko, co było związane z Janusza stanem, psychiką i środowiskiem w którym żył i musiał się zmierzyć tracąc zdrowie.
Pora teraz dla pełnego obrazu, opisać warunki ekonomiczne towarzyszące temu stanu.
***
CDN…

środa, 22 maja 2013

                200. CD.
Chodził po całym mieście szukając instytucji, która by mu pomogła. Jednak nie tak łatwo znaleźć kogoś, kto by poświęcił czas na bezinteresowną pomoc jemu, nie mówiąc już o pomocy całej rodzinie.
No bo jak  można  komuś  pomóc, gdy ma się ograniczony z góry czas pracy nad pacjentem, do pół godziny? Przecież na tej zasadzie działają prawie wszystkie instytucje. Janusz potrzebował czegoś, co by wyleczyło to chore coś… To, z czym sobie nie może poradzić…
Skomplikowane?…  Tak… Zwłaszcza, gdy nie wie się dokładnie czego szuka...
                                                           ***
Chodził rozmawiał, kombinował. To stało się już trochę jego nawet obsesją. W końcu znalazł… Był to - Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie z komórką o nieciekawej nazwie - Centrum Interwencji Kryzysowej.  
To tam wreszcie trafił na kobietę-psychologa,  która zdecydowała się pomóc jemu, żonie, a co za tym idzie, całej rodzinie.  Nie patrząc na zegarek, fachowo wysłuchała i udzielała odpowiedzi na zadane pytania. Pomogła wyciągnąć wnioski, by efektywnie swą zdobytą wiedzą, przyczynić się do usunięcia problemu, z którym się do niej przyszło.
Na pierwszej wizycie był sam. Mówił wiele, o wszystkim co mu leżało mu na sercu. O  chorobie i jej wpływie na niego. O finansowych problemach, nerwach. O jego sukcesach i porażkach. O tym jaki wpływ mają one na niego i całą rodzinę.  
Mówił, że rodzina zaczyna go nienawidzić, że ją traci. Pytał, jak ma postąpić. Jak przezwyciężyć tą chęć unicestwienia.
Jak nie czerpać przyjemności z samoumartwiania? Dlaczego w głowie mu się tworzą te dziwne historie? Jak wrócić do tej atmosfery panującej kiedyś w jego domu, gdy co innego mówi, a co innego robi?...
Dyskutowali tak kilka godzin…
Doszli do wniosku, że należało by porozmawiać z Marysią. Aby psycholog, mogła poznać także i jej punkt widzenia, jej obawy i lęki. Na koniec, powinni porozmawiać we trójkę i spróbować rozwiązać, ten istny węzeł Gordyjski.  
Umówił następną wizytę…
Po kilku dniach poszła Marysia. Mogła tu wyżalić się i opowiedzieć o swoich odczuciach i problemach. O stresie związanym z Janusza chorobą i jego obecnym zachowaniem. Co myśli ona, cała rodzina, a co odczuwają wspólni znajomi.
Potem, po kilku dniach poszli oboje…
Poszli posłuchać kogoś, kto ich wysłuchał i z boku spojrzał na ich zachowanie. Sporo jeszcze czasu rozmawiali, dyskutowali, o odbiorze i wpływie ich różnych decyzji na  życie. O tym, jak potrzebne jest spojrzenie i rada kogoś z zewnątrz.
Zdziwiło ich to, jak dwoje ludzi może patrzyć na problem i widzieć go tak odmiennie…
Wrócili do domu trzymając się już za rękę…
Wniosek jaki wyciągnęli z tej rozmowy był taki. Trzeba ze sobą rozmawiać...
To z takich niedopowiedzeń i różnic rodzą się konflikty które są zupełnie niepotrzebne… Wszystkie problemy można pokonać rozmawiając o nich.
Nie należy się domyślać, co myśli druga osoba, trzeba się nauczyć wymieniać myśli i dyskutować. To trudne, ale można się tego nauczyć.
To sam człowiek stawia podświadomie  takiej rozmowie barierę, myśląc, że przez to straci autorytet.
                                                           ***
CDN…

wtorek, 21 maja 2013

            


199. CD.

Po wyjściu ze szpitala Janusz bardzo szybko zaczął normalnie funkcjonować. Pełen optymizmu, uzgodnił w firmie, że wróci do pracy dopiero zimą i dostał, bez żadnych problemów,  pełen należny mu z powodu pobytu w szpitalu, pakiet socjalny. Pod koniec lata, poczuł się na tyle dobrze, że pojechali z Marysią do pracy w Niemczech.

Zaczęli odrabiać straty finansowe i oszczędzać. Poczuli się pewniej, spojrzeli w przyszłość bardziej optymistycznie… Jednak los zadbał, by nie trwało to długo.  Optymizm pomału wietrzał, a zastępowała go depresja.

Ludzie, z którymi w poprzednich latach pracowało mu się wspaniale, zaczęli mu bez powodu działać na nerwy i przeszkadzać. Zaczęto go unikać, patrzeć podejrzliwie, nawet czasem wrogo. To z kolei powodowało u niego większe zdenerwowanie, stres, a z czasem nawet myśli samobójcze. Zaczęła się nakręcać spirala następstw… 

Marysia, musiała poinformować niektórych pracowników, oprócz niemieckiego szefa! Że Janusz zachorował na SM i takie zachowanie jest  spowodowane chorobą. Z czasem mu to przejdzie, to naturalne przy tej chorobie… Tylko że…

Też naturalnym zachowaniem ludzi jest unikanie problemów. Zaczęto odsuwać się od Janusza. Towarzysko uśmiercać. Marysia, wbrew naturalnym instynktom,  bardzo go wtedy, wspierała. Był nie do wytrzymania, wredny i chamski. W głowie mu się odgrywały, wymyślone, niestworzone historie.   Udało im się jakoś przebrnąć, przez te kilka tygodni pracy w Niemczech. Zarobili trochę kasy, zły nastrój nie utrzymywał się bez przerwy.

Miał wahania nastroju, od radości po smutek i złość. Raz twierdził, że życie jest piękne, że ma szczęście do dobrych ludzi. A za kilka godzin, że życie jest bez sensu, że nie warto żyć, wszyscy robią mu na złość. Czepiał się dzieci, złościł. Atmosfera w domu robiła się nie do wytrzymania. Zaczęto mu sugerować by szedł się leczyć, a to jeszcze bardziej go złościło.  No bo…
To przecież on zachowuje się normalnie, a inni robią mu na złość i się czepiają czort wie czego... Wiele miesięcy musiało minąć, zanim zrozumiał, że to w jego głowie tkwi problem. Że to jego psychika nie może sobie  poradzić z problemami i z SM-em. To ona rujnuje mu umysł i dotychczasowe aktywne życie. W opisie szpitalnego rezonansu stało jak byk - liczne zmiany demilizacyjne w mózgu, a najwięcej w płacie czołowym odpowiedzialnym za zachowanie i uczucia. …Owszem, bywały też i dobre chwile. Ale tych złych było na tyle dużo, by zaczęły burzyć wszystko co do tej pory razem zbudowali. Coś z tym trzeba było zrobić…

***
To był okres również i rzutów choroby i szpitala. Terapie sterydowe i tycie. I taki czas, w  którym zaczął mieć poważne problemy z równowagą i pamięcią. Chodził tylko  osiedlowymi chodnikami, bo tam go znano i wiedziano że zatacza się chory człowiek a nie menel. Chodząc do sklepu, wywracał się na schodach, potykał na chodniku.  Zapominał, jakie zakupy chciał zrobić. Robił listę, czasami składającą się tylko z dwóch  punktów.

To było męczące i nie do wytrzymania. Nie mógł zaakceptować takiego stanu, postanowił  spróbować  z tym walczyć. Zaczął ćwiczyć pamięć ucząc się języka, najpierw niemieckiego, później angielskiego. Uczył się obsługi komputera, a potem na kursach z Urzędu Pracy, programów tekstowych i graficznych. Postanowił pisać swoje wspomnienia, stworzyć drzewo genealogiczne i napisać opowiadanie. Zaczęło to przynosić efekty. Pomału wszystko zaczęło wracać do równowagi. 

Teraz, pamiętając o tych stresujących niepowodzeniach, musi systematycznie ćwiczyć umysł i mięśnie. Bo jak tylko sobie pofolguje taki stan zaczyna wracać. Gorzej chodzi, zaczyna znowu zapominać. Nie może się już przemęczać, denerwować, musi się pilnować i uważać… 

W tym całym chorowaniu ma jednak szczęście. Odnaleźli go lekarze ze szpitala i zaproponowali mu udział w programie. Od dziesięciu lat dostaje kroplówkę z lekiem na SM i jest pod ciągłą kontrolą lekarską.     
Walka z depresją...  Tak, pora już opisać trwającą równolegle z jego SM-em depresję. To jest okres kilku lat, którego Janusz się najbardziej wstydzi… Wtedy nie był sobą… Stał się pasażerem autobusu, jadącego prosto w kierunku autodestrukcji…   
***
W okresie gdy Janusza dopadały dłuższe stany depresji. W chwilach nagromadzenia się  dużej ilości negatywnej energii. Odzyskiwał świadomość, czół potrzebę odpoczynku i wyjeżdżał na kilka dni z Białegostoku do Lesanki. Do jego pustego teraz, rodzinnego domu na wsi.

To był prowizoryczny sposób do nabycia dystansu, uspokojenia się i przemyśleń. Stamtąd pisał listy do Marysi z wyjaśnieniami, próbami porozumienia, zrozumienia siebie i tej całej przerastającej ich sytuacji. Zdawał sobie sprawę, że ma depresję i nerwicę. Starał się ten cały gnębiący go niepokój wyrazić w listach. Próbował pisząc, zrozumieć sam siebie i wytłumaczyć innym co czuje. Bał się że traci grunt pod nogami, że musi coś zrobić, bo straci rodzinę.

Poprawiało się na jakiś czas i działało kilka dni, czasem tygodni. Zauważył, że to co usiłuje zrobić, to za mało, Nie daje efektu o jakim myślał… Zaczął szukać pomocy… Nie wiedział jeszcze wtedy, że to był już pierwszy duży sukces w walce z depresją... -Szukał pomocy! - Profesjonalnej, fachowej, uzdrawiającej tą, coraz bardziej gęstniejącą, atmosferę w rodzinie.                                                           

***

CDN.


  Mam kłopoty z Internetem. Jak ktoś uważnie obserwuje, to zobaczy że posty są nierównomierne, to zależy od sieci…  Może mnie nie być kilka nawet dni. Nie wiem czy to łącze, czy karta sieciowa, karta ViFi, u mnie, czy może coś jeszcze innego. Robię pełną diagnostykę i zobaczymy… Jak zamilknę, to będziecie wiedzieli dlaczego… ;-*