Łączna liczba wyświetleń

środa, 22 sierpnia 2012

         
160. 
Najpierw z domu wyszli młodzi, za nimi świadkowie i rodzice. Po zawsze wzruszającej chwili pożegnania, modlitwy z ucałowaniem krzyża, wszyscy byli nieco wzruszeni tą podniosłą chwilą. Jednak gdy słońce zaświeciło na twarze wychodzących, miny się wszystkim rozpromieniły…
Toć to nie pogrzeb, lecz dla wszystkich bardzo radosna chwila. Ślub i wesele! Czas stawić czoła wyzwaniom… Do dzieła…
               Z domu do świątyni wszyscy pojechali strojnymi bryczkami. Nie było to wszak daleko. U bram Kościoła przywitał ich szum rozmów zaproszonego tłumu gości weselnych. Wszyscy się uśmiechali, czasami dawali znać o swej obecności machnięciem dłoni.
               Jacek niepotrzebnie się martwił. W kościele wszystko przebiegało jak z góry było ustalone. Ksiądz już czekał na nich w zachrystii. Tam skierowali swoje pierwsze kroki. 

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

         
 159.  
- A jak zacznie padać? Albo coś się nie uda. – Znowu zaczął biadolić Jacek. - Tak bym chciał by się wszystko udało…
- Uda się, uda. Nie tak to inaczej. Żadnej katastrofy na niebie i ziemi nie przewidują. – powiedział ojciec przyglądając się Jackowi w nowo skrojonym garniturze. –
- Żeby tylko ksiądz nie zmienił zdania. To była by tragedia. Joanna niby rozwód ma, ale męża też…
- Słuchaj synu. Tragedię to już przeżyłeś. A to tragedią nie jest… To tylko kłopot, który zawsze można w jakiś sposób rozwiązać. Jak ksiądz powie nie, w co wątpię, to ślub weźmiecie tylko w urzędzie. A jak się wszystko unormuje, znowu pogadacie z księdzem. Wesele tak, czy siak się odbędzie. Nie martw się.
- Dobrze że ciebie mam tato. Ty zawsze masz jakiś sensowny pomysł i wytłumaczenie…
- Dziękuję. Jak nie tobie to komu mam doradzać? Jesteś moim synem… Wiesz co, przetrzyj jeszcze te buty, nie wyglądają już świeżo…. No i chyba było by to na tyle. Którą to mamy godzinę?   

piątek, 17 sierpnia 2012

                
 158. 
 - Jejku!... Ale zamieszanie.
Powiedziała Joanna stojąc przed lustrem w domu rodzinnym Jacka, ubierana przez druhny w ślubny strój.
- Zaczynam już tego mieć dość. Perfekcyjna każda fałdka, coś pożyczonego, podwiązka… Już jestem zmęczona, a gdzie jeszcze ślub i wesele. Dosyć zostawcie mnie, a kysz, rusałki jedne. Już raz to przerabiałam…
- Stój i cierp. Tak ma być i już. Ślubu się nie ma codziennie. Masz być piękna i powabna, dla młodego, dla nas, dla gości.
- Ale ja już mam dość...
- To nic. Gorzej jak my się obrazimy i zostawimy cię samej sobie. Samotna panna młoda bez druhen. Wyobrażasz to sobie? Nie? No to stój, już niewiele zostało.
                                                                          ***

czwartek, 16 sierpnia 2012

Urlop minął, zbliża się koniec lata...
Żniwa się kończą, pola pokrywają się brunatnymi skibami... Trzeba się brać do pisania opowiadania... Och jak się nie chce... Ale słowo się rzekło... Postanowienie noworoczne. ;-D
Muszę się przybrać, może jutro, ale napewno w następnym tygodniu, pomału, aż znów zlapię bakcyla... ;-)))

czwartek, 12 lipca 2012

157. To jest link, do ciekawej książki której współautorem jest mój kuzyn - nauczyciel.
Zacząłem ją czytać, bardzo ciekawa, lecz jest długa i trochę przypomina rozprawę naukową... Polecam ją jednak, bo temat jest moim zdaniem bardzo interesujący. Tej książki nie można kupić, jest darmowa i czeka na przeczytanie w twoim internecie, na twoim komputerowym monitorze. Miłej lektury... 

środa, 11 lipca 2012

156.

               Powoli, ale systematycznie zbliżał się dzień ich wesela i ślubu. Wszystko było już prawie zapięte na ostatni guzik. Nawet ksiądz z sąsiedniej parafii miał przyjechać i udzielić im ślubu kościelnego. Jacek wiedział jak bardzo Joannie na tym zależało i dołożył wszystkich starań by tak się stało.
Nie było to bardzo zgodne z prawem kościoła, jednak zawsze prawo można trochę nagiąć, jeśli wszystkim by to odpowiadało… A przecież wszyscy tego chcieli, więc czy stwórca miałby sumienie mieć coś przeciwko?...
Goście byli już zaproszeni. Nie było ich co prawda za wielu, tylko najbliżsi i kilku znajomych. Miała wpaść też Weronika z Europy. Niestety tylko ona mogła przyjechać w tym terminie. Jej mąż, Marek i dzieci musieli jeszcze poczekać do swoich wakacji i urlopu. Obiecali wpaść ale pod koniec lata.
Jacek bardzo się cieszył, że udało się jej zgrać terminy zakupów i wyjazdów służbowych. Bardzo na to liczył. Zaproszona była też jego rodzina, rodzina Joanny i Karol z Adasiem z bliskimi.
Po ceremonii w kościele wszyscy byli zaproszeni na wesele do pobliskiej Karczmy. Nawet nie trzeba było wynajmować gościom transportu. Ci którzy musieli, mogli skorzystać z noclegu na piętrze.

Stroje były już gotowe i tylko czekały by je ubrać. Wielką niespodzianką miała być suknia Joanny. Nikt mu nie chciał uchylić nawet rąbka tajemnicy. Doszły go jednak słuchy, że ma być kremowa, skromna i długa. Nie dopytywał się o więcej szczegółów. Te kilka dni mógł przecież poczekać.
Na weselu miała przygrywać do tańca orkiestra. Potrawy miały być smaczne, nastawione na kuchnię lokalną. Sami musieli postarać się, ze względu na koszta, o napoje, alkohol i wina. Wychodziło tak dużo taniej.  Dużą niespodzianką była zamówiona przez Weronikę, a sfinansowana przez ich rodziców podróż poślubna. Był to tygodniowy rejs statkiem po największej rzece ich Stanu White Water Creek.
Jacek i Joanna już kilka dni przed ślubem, zamieszkali u Jacka rodziców, by wszystkiego osobiście dopilnować…
                                                                           ***  


poniedziałek, 9 lipca 2012

155.

               Wczoraj był ostatni dzień odwiedzin Adasia nad River Fogg. Zarówno on, jak i Jacek z Joanną uważali te odwiedziny za wspaniałe, radosne, cementujące ich rodzinne związki. Spędzili tu razem wyjątkowe chwile. Joanna rozkwitła, zapomniała o chorobie, jej twarz epatowała radością, a rozmawiając, można było odczuć że jest naprawdę szczęśliwa.
               Dziś jest dzień kiedy umówili się że go odwiozą. Wstali rano, nieśpiesząc się zjedli śniadanie i powoli zaczęli się przygotowywać do wyjazdu. Jakoś dziś nie można było wyczuć w domu tej radosnej atmosfery towarzyszącej im od wielu dni. Było im po prostu smutno z powodu rozstania. Wiedzieli, że będą się spotykać, odwiedzać, że rozłąka jest na pewien czas. Ale tego nastroju niedosytu i pojawiającej się tęsknoty, która już teraz zaczęła im towarzyszyć, nie mogli opanować.
               Wyjechali przed południem, by jak najdłużej jeszcze cieszyć się swoją obecnością. Robili listę zakupów które zrobią, by następnym razem gdy Adam ich odwiedzi, mogli w wygodnych butach wyruszać ba wyprawy. Koniecznie namiot, ponton i sprzęt wędkarski na obozowisko nad jeziorem. Kurtki, płaszcze, śpiwory, materace no i wiele jeszcze rzeczy które umilą ich następne spotkania.
               Wyjeżdżając już na tą szeroką żwirówkę prowadzącą do Czarnych Olch, zmienił się temat rozmów w aucie. Zaczęli rozmawiać o weselu, ślubie, o tych wszystkich sprawach które muszą jeszcze załatwić i kupić. Z uwagą wsłuchiwali się w swoje słowa, by nic nie przegapić, by ten dzień był taki jak sobie wymarzyli. By nie zawieść jeden drugiego.

               Nie obejrzeli się nawet jak znaleźli się przed domem rodzinnym Karola.
               Przywitali się serdecznie tylko z rodzicami, bo Karola akurat nie było. Ma wrócić pod wieczór. Dziś akurat dostał wiadomość że przesunęła się kolejka na wlew, zajechała po niego karetka i musiał pojechać na chemię. Siła wyższa, powiedzieli rodzice. Tak to już jest…
               Nie byli u nich długo, posiedzieli, wypili kawę, pożegnali się z Adamem, rodziną. Umówili się na następne odwiedziny i pojechali do stryjów Joanny.
               Gdy do nich dotarli, wszyscy zasiadali akurat do obiadu.
                                                                                          ***