Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 20 marca 2012

114.

Tak jak można było przewidzieć, Joanna mało spała tej nocy. Niewyspana i podminowana, wstała rankiem i postanowiła zająć się czymkolwiek byle by nie myśleć o przeszłości i nieuchronnym spotkaniu z Karolem.
                    Zostawiła śpiącego w łóżku Jacka i zaczęła krzątać się w domu. Sprzątała, rozpaliła w piecu, zajęła się przygotowaniem obiadu. Wyszła na dwór do obrządku… Przespacerowała się po dróżce koło lasu, by wreszcie, ciepło ubrana, usiąść z dużą filiżanką kawy na werandzie.
                    Taką ją zastał Jacek.
                    - Cześć kochanie! Patrzę że dziś ciebie ranny ptaszek. – zagadnął.
                    - Witam skarbie. Siądziesz przy mnie?
                    - Jasne. Piękny dzionek. - Usiadł naprzeciw z filiżanką kawy – Widzę że słabo spałaś…
                    - Prawie w ogóle.
                    - Wiesz, przemyślałem wszystko dokładnie i doszedłem do wniosku, że najlepiej będzie jak jutro pojedziemy do Podgórza. To za wiele cię zdrowia kosztuje. Pojedziemy samochodem. Rzekę jakoś przejedziemy, a z resztą sobie na pewno poradzimy.
                    - Kochany jesteś, wiesz?
                    - Wiem słonko, wiem… Nie mogę patrzeć na twoje męki. Pojedziemy i dowiemy się o co chodzi. Wolę podziwiać twój uśmiech i wdzięki niż patrzeć jak się stresujesz…
                    - Wdzięki powiadasz? A co byś powiedział na to, by w podzięce za twoje słowa pobaraszkować trochę w sypialni? Hę? – Zrobiła do Jacka oko…
                    - No to nie wiem co my tu jeszcze robimy…
Wstali biegiem i zniknęli w drzwiach domu. Nieprędko się w nich znowu pojawili. Joanna po nieprzespanej nocy i tych radosnych miłosnych igraszkach zasnęła od razu. A i Jacek nie chciał jej budzić wyciągając ramienia z pod głowy Joanny. Dom, gdzieś dopiero koło południa zaczął tętnić życiem.
                                                                                                  ***

poniedziałek, 19 marca 2012

113.

- Witam! Nic się nie stało. Niedawno wróciliśmy z przejażdżki.
                - O komu dobrze!
               - No można tak powiedzieć. Sprawdzaliśmy jak przezimował domek stryja Joanny. Wszystko Ok.
                    - No to dobrze, a ja właśnie mam do niej wiadomość z domu.
                    - Jezus Maria, chyba się nic nie stało?... – Wykrzyknęli razem do mikrofonu.
                    - Myślę że nie. Prosili jedynie o kontakt z Podgórzem. Mam przekazać że kontaktował się Karol, mąż Joanny. Mają jego namiary i że prosił o kontakt…  I… Że to nic bardzo pilnego, ale dobrze by było żebyście ich odwiedzili. To wszystko.
                    - No dziękujemy. Wiadomość dosyć szokująca. Postaramy się wpaść w przyszłym tygodniu. Przekażesz im?
                    - Jutro się z nimi skontaktuję. To na razie. Pozdrawiam!
                    - Dzięki wielkie za wiadomość! Pozdrowionka! Pa, pa…
                    - Pa!

                    - Ha, w końcu się odezwał. – powiedziała zamyślona Joanna. – Nie spodziewałam się tego. Jestem zaskoczona. Co też on może chcieć ode mnie? No teraz nie zasnę…
                    - Chciałaś by się odezwał, to w końcu się doczekałaś. Może coś chce przekazać od twego syna, Adasia? To może być dobra wiadomość. Nareszcie będziesz coś o nich wiedziała, Może złapiesz teraz z nimi kontakt. Może się spotkacie?
                    - Tylko ta niepewność. Może to, może tamto. Chciała bym się już wszystkiego dowiedzieć, mieć to już za sobą. Jejku! I się cieszę i się boję. Jestem cała podminowana. Jacek, o co tu naprawdę chodzi? Tyle lat żadnych wieści, a tu…
                    - Joanno, myśl pozytywnie. Nie ma pośpiechu, to dobra wiadomość. A co spotkanie przyniesie, zobaczymy. To dobrze że jesteś podekscytowana, ale się nie stresuj. To nic nie da. „Tylko spokój może nas uratować”. – zażartował.
                    - Pewnie masz jak zwykle rację. Tylko wiesz jak to z tym stresem kurcze jest. No normalnie mnie zaskoczył…
                    - Wiem. Pojedziemy, zobaczymy, może się nawet spotkamy. Sama się chciałaś spotkać, to przecież dobra wiadomość. Naprawdę nie ma się czego denerwować.
Jacek objął Joannę i pocałował w czoło. Przytulił się do niej i biorąc porękę podprowadził na werandę.       
                                                                                                                      *** 

piątek, 16 marca 2012

112.

                    - No, nareszcie można sobie poleniuchować. – Powiedziała Joanna wzdychając po obfitym posiłku, który zjedli z apetytem po wycieczce bryczką. Siedzieli na werandzie, przy stoliku, w ostatnich  promieniach zachodzącego słońca. Pili kawę, a kawałek ciasta, który został z poprzedniego dnia, umilał im kieliszeczek nalewki malinowej.
                    - Robi się coraz chłodniej, -powiedziała Joanna mimochodem. - Zaraz trzeba będzie uciekać do środka.
                    - Przynieść ci coś do okrycia się? – Spytał Jacek.
                    - Ot, jakbyś mógł… Może ten mały kocyk?
                    - Ok. Sobie wezmę bluzę. Posiedzimy sobie trochę, tak miło. Przez zimę stęskniłem się za tymi posiaduszkami na werandzie. Zimą jest smutno, teraz można coś porobić na dworze. Muszę zająć się zrobieniem bramy do szopki. Muszę zrobić z niej garaż, bo teraz to taka prowizorka, że aż patrzeć nie można…
                    - Nie jest tak źle…
                    - Może i nie, ale strasznie nie wygodnie. Lubię jak jest tak, jak należy. Nie znoszę prowizorycznych warunków. Samochód zimą nie był potrzebny, ale teraz będziemy czasem nim jeździć.
Zabrzmiał alarm CB -radia.
- Oho, ktoś o nas przypomniał… - Jacek poderwał się z krzesła by podnieść słuchawkę.
- Halo! Już jestem. Słucham…
Joanna też wstała i stanęła za Jackiem. Była ciekawa, któż to do nich się odzywa. Ostatnio rozmawiali chyba ze trzy tygodnie temu…
                    - Halo! Przepraszam że przeszkadzam, ale mam do przekazania wiadomość. – Odezwał się sympatyczny głos sekretarki ze Straży leśnej. 

czwartek, 15 marca 2012

111.

- Jak myślisz, chyba nie prędko tu wpadniemy? – Spytała Joanna.
- Gdy słoneczko już zacznie przygrzewać i ptaszki zaczną śpiewać… Masz rację, raczej nie ma potrzeby by tu wpadać. Najwyżej czasem, by naglądnąć czy wszystko w porządku. Może przewietrzyć, a może i by na chwilę zmienić klimat? To własność Twego wuja, już tu nie mieszkasz, to i ja nie mam potrzeby by co i rusz tu wpadać.
- Przygarnąłeś mnie do siebie, to i ja mam już swój dom.... - zamilkła na chwilę i podjęła inny wątek - Ale jednak miło mieć i swój kąt jakby co…
- Jakby co? Myślisz o przeprowadzce do swojego domku we wsi?
- Wiesz że nie o to mi chodziło. To mój domek który wynajęłam, abyśmy oboje mieli coś na wszelki wypadek. Różne rzeczy się zdarzają. A jakby las zaczął się palić? Albo co?
- Mamy przecież wyjście awaryjne, czarnowidzu... Zawsze możemy zamieszkać z rodzicami. Ale nie będę się sprzeczał. To zawsze jest jakąś tam alternatywą na tak zwaną czarną godzinę.
- No widzisz, zawsze lepiej coś mieć w zanadrzu niż nie mieć nic…
- Najlepiej byśmy się o tym nigdy nie musieli przekonywać. Mieszkamy razem, w pięknym miejscu, w fajnym domu. Wszystko zaczyna się już nam układać. Nie ma co gdybać…
- Ale wiesz że…
- Wiem, pfu, na psa urok, zostawmy twoją chorobę, jest i będzie dobrze. Jesteśmy ze sobą, kochamy się i to jest najważniejsze. Co cię dzisiaj napadło?
- Ot nic, przepraszam, trochę się rozkleiłam. Po prostu jestem szczęśliwa i boję się… Chciała bym żeby już tak było i było...
- Będzie, zobaczysz.
    
Zbliżali się już do domu. Las się przerzedzał i widać było ostatnią górkę dzielącą ich od polany. Słońce było jeszcze dość wysoko, więc nie poganiali konia który szedł noga za nogą. W milczeniu pokonywali dalszą drogę rozglądając się i wypatrując zbliżającej się już dużymi krokami wiosny.                    
                                                                                                  ***

środa, 14 marca 2012

110.

- Chyba czas już wracać, zaraz zajdzie słońce. – Powiedziała Joanna
- Mhm. Masz rację. Chyba już wszystko co mieliśmy w planie zrobiliśmy. I nie tylko…
Jacek uśmiechnął się mrużąc oko wspominając ich harce w sypialni i spojrzał na Joannę zalotnie. Ona odwzajemniła ten jego lubieżny uśmieszek i stwierdziła.
                    - Miło było, ale… Czas już wracać. To co? Sprzątamy i uciekamy…
                    - Tak myślę, nic nas tu nie trzyma i  lepiej wrócić do domu przed zachodem. Nie śpiesząc się i spokojnie.
Wzięli się za lekkie sprzątnięcie tego bałaganu co stworzyli. Pozamykali wszystkie okna, sprawdzili czy nie zostawiają żaru w popielniku. Jacek wyszedł chwilę wcześniej by zaprząc konia, a Joanna poprawiając jeszcze to i owo jak to miała w zwyczaju, wyszła wreszcie i zamknęła za sobą drzwi.
                    - Możemy jechać…
                    - Jesteśmy gotowi.
Jacek pomógł Joannie wsiąść do bryczki, a sam chwytając lejce wskoczył do niej już po szarpnięciu konia do przodu.
                    - No poczekaj nie śpiesz się tak, tyłek sobie odbiję… - Spadł gwałtownie na ławkę. – Ejże…
                    - Żyjesz?
                    - Żyję, ale co to za…
-  Jasne, - śmiejąc się przerwała mu w pół zdania Joanna. - Biedaczek… Przysuń się, masz szczęście że to nie ta stara drewniana ławka. Wtedy byś inaczej śpiewał.
- Tonem wysokim, ha, cha, cha… - Zażartował...
                                                                                                  ***

Opowiadanie już powstaje na bieżąco. Proszę mi wybaczyć jeśli będą już jakieś poślizgi, może nawet błędy. By opowiadanie powstało, potrzebne są chęci, natchnienie, wolny czas i zdrowie. A to nie zawsze u mnie chodzi w parze, zwłaszcza te chęci…
 Ale starać się będę bardzo, a jak wyjdzie??? Zobaczymy… ;-D 

wtorek, 13 marca 2012

109.



Dom Stryja przezimował bez jakiegokolwiek uszczerbku. Był zbudowany z tak solidnych materiałów, że nawet takie opady śniegu jak w tym roku, w najmniejszym stopniu nie wpłynęły na jego konstrukcję. Na podwórku było kilka wysychających kałuż. Słońce chodziło jeszcze nisko po niebie i gdyby nie to, że często skrywało się za wysokimi drzewami, było by tu naprawdę ciepło i przyjemnie. Na twarzy Joanny zagościł uśmiech ulgi i wspomnienie, spędzonych tu miłych chwil.  
Weszli do domu. Tu też nic się nie zmieniło. Tak jak widzieli go ostatnio, takim pozostał. Panował tu jednak chłód, chłodne wspomnienie zimy.
- Wiesz co, chyba trzeba napalić piecu i rozgrzać oraz wysuszyć cały dom. Idę przyniosę rozpałkę i kilka szczap drewna do pieca.
- A ja otworzę okna i przewietrzę, wpuszczę tu trochę świeżego powietrza.  
Jacek wyszedł, a Joanna zajęła się wprowadzaniem tego planu w życie. Otworzyła okna, wytrzepała i napowietrzyła puchową pościel. Rozwiesiła na dworze ubrania które tu zimowały. Zaraz wrócił Jacek i rozpalił w piecu. Pomału wszystko się nagrzewało. pomimo uchylonych okien.
- To co, kawka? – zapytała Joanna.
- Może być, a do niej i nawet jakaś kanapka. – odpowiedział uśmiechając się Jacek
- OK. Ty wynosisz stolik i krzesełka na dwór, bo szkoda marnować dnia by w taką pogodę siedzieć w domu, a ja zajmę się resztą.
- Według rozkazu Madame. – Jacek machnął ręką przy głowie.
Chwila i wszystko było na miejscu. Jacek usiadł wygodnie na krzesełku i pogwizdując czekał na Joannę. Za chwilę usłyszał:
- Przetrzyj z kurzu!
Rad nie rad wstał i wrócił do kuchni po ścierkę.
                    - Nawet nie dasz człowiekowi w spokoju posiedzieć.
                    - Bo ten człowiek zaraz usiądzie na czystym i razem ze mną, przy kawie. Przetrzyj wszystko ja już zaraz idę.
                    - Tak jest! Zasalutował.
Po kilku minutach, Joanna pojawiła się z tacą w drzwiach domu. Wuala… Już jestem. Jacek wstał, pomógł jej z nakryciem stołu i jak dżentelmen przytrzymał krzesełko gdy siadała.
                    - Czasami jesteś taki słodki…
                    - Czasami?
                    - No kochanie, musisz przyznać, że nie zawsze…
                    - Taaak… A więc smacznego. Ależ kawa pachnie…
                    - Smacznego. Acha, Jacku, skocz jeszcze do kuchni tam na stole zostawiłam jeszcze szkło.
Jacek się podniósł i poszedł do kuchni. Za chwilę usłyszała jego głos.
- A cóż to za okazja? - Pojawił się w drzwiach z butelką wina i szklaneczkami.
- A taka, że jestem bardzo szczęśliwa i chcę się napić z moim lubym.
- Czasami jesteś taka słodka… Zaśmiał się, ciesząc, że mógł tak szybko zripostować jej słowa. Pochylił się nad nią i pocałował w czoło. - Dziękuję. – Powiedział i napełnił kieliszki.
- Wypijmy za spełnienie naszych marzeń! – upili po łyku zimnego, białego wina.
                   
*** 

poniedziałek, 12 marca 2012

108.

Droga była piaszczysta i nie było błota. Nadmuchiwane, szerokie koła i resorowane zawieszenie, dawały duży komfort jazdy, więc mogli śmiało jechać szybciej.  Po pół godzinie wyjechali z gęstwiny. Tu las stawał się coraz rzadszy. Zaczęli się zbliżać do nasłonecznionej polany.
                    - Cieplej tu prawda? – spytał
                    - Zdecydowanie. Tu już czuć wiosnę. Wiesz… Znowu chce mi się wyjść w plener. Namalować jakiś nowy widok.
                    - Masz jakiś pomysł?
                    - Na rzece, jest taki zakręt gdzie rosną skarlone wierzby. Tam po drugiej stronie, na wzniesieniu, stoi stara rozłożysta olcha, a w jej cieniu rośnie rodzina brzóz. Ich białe pnie i delikatne witki gałązek, o soczystej świeżej zieleni, ślicznie wyglądają na tle tego drzewa i dalekiego pasma gór. W głowie mam ten widok i tym roku go na pewno namaluję.  
                    - A przy okazji odwiedzin, te obrazy które skończyłaś zimą, zawieziemy do Ewy do jej galerii?
                    - Tak, myślałam o tym, na pewno. Może je sprzeda i wpadnie nam trochę grosza? Ciekawa jestem, czy te poprzednie sprzedała? Mówiła że nawiązała jakieś kontakty z prawdziwym marszandem.
                    - Ooo… Naprawdę? Pewnie to ktoś z tych terenów. Bo kto by wiedział że istnieje takie miasteczko w tym regionie.
                    - Nie mówiłam ci tego? Pewnie coś mi przeszkodziło i wyleciało mi z głowy. Ewa liczy na udaną współpracę. Facet szuka talentów. Nie tylko malarzy, ale rzeźbiarzy, wikliniarzy, wszystkich tych którzy mogli by wypełnić wnętrza bogatym ludziom. Ma kilka filii swej firmy w kilku krajach. Sprzedaje prace Indian, naturszczyków, górali, a także prace wybitnych artystów. To bogaty facet i ma gust. To może i na ciebie zwróci uwagę.
                    - Wątpię, ale było by miło.
                    - A co z portretem dla moich rodziców? Zbliża się ich rocznica ślubu, jakoś początek czerwca. Obiecałaś ich namalować? Prezent na odnowienie ślubów...
                    - Pięćdziesiąta rocznica, pamiętam. Jakże bym mogła zapomnieć. Przecież nas zaprosili. Zostały już tylko drobne poprawki, no i ramy... Tyle lat razem. Musimy kupić coś nowego do ubrania, my też musimy przecież dobrze wyglądać. Będzie wielu znajomych i jak to bywa przy takich okazjach, dobry powód do plotek. 
                    - A może damy im kochanie nowy? Może i my byśmy się w końcu pobrali?
                    - Przecież rozmawialiśmy o tym. Chciała bym spotkać się z Karolem i pozałatwiać wszystkie zaniedbane papierowe sprawy. Chciałabym z czystym sumieniem i całkiem legalnie rozpocząć życie u twego boku. Może w końcu się odezwie…
                    - Nie wiem czy to jego złośliwość, czy naprawdę nie mogą się z nim skontaktować.
                    - Trudno powiedzieć. Pamiętam go z okresu przed naszym rozstaniem. Był zły złośliwy i doprowadzał mnie do kresu wytrzymałości. Ale był także wrażliwym i odpowiedzialnym człowiekiem. Mógł wyjechać i nie dać dotąd znaku życia. Ale myślę że w końcu da jakiś znak. A jak nie on, to może Adaś się odezwie. Jest w wieku gdy się szuka swoich korzeni.
                    - Pragniesz tego, prawda? – Spytał Jacek.
                    - Bardzo… - Joanna przytuliła się do niego i się zamyśliła. Przez chwilę jechali w milczeniu.
- Myślałam co Adasiowi powiem, gdy się spotkamy. Jednak wiem, że nigdy nie powie się wszystkiego co się chce powiedzieć. Boję się tego spotkania, a zarazem bardzo go pragnę. Ciekawa jestem jak wygląda. Czy jest podobny bardziej do Karola czy do mnie. Adaś powinien chodzić teraz do średniej szkoły. Przecież to już mężczyzna, nie Adaś tylko Adam. – uśmiechnęła się smutno…
- Czas leci kochanie. Najlepiej to widać po naszych bliskich. Ale może zmieńmy temat, upływ czasu każdego stresuje, każdego starszego, bo młodzi to inna historia. Ale patrz, dojeżdżamy już do polany.
Las się przerzedzał i w pomału zaczął się odsłaniać widok na dolinę. Słońce tu mocno grzało i w zasuszonej trawie pokazywały się pierwsze wiosenne kwiaty. W zaciszu południowej strony pojawiały się na drzewach jasnozielone liście. Tu już było naprawdę sucho.
- Pamiętasz tu nasze pierwsze spotkanie?
- Za każdym razem, gdy tu jesteśmy, przypominasz mi o tym Jacku…
- Widocznie, bardzo wyraźnie utkwiło mi w pamięci. – zaśmiał się i odwrócił się do niej
- Pewnie jest to miłe wspomnienie. - Przytulił Joannę i pocałował.
- A pamiętasz gdy się pierwszy raz przytulaliśmy? Ale się wtedy rozczuliłem…
Joanna odwróciła się do niego i z politowaniem pokręciła głową.
- Głowa siwieje…
- Głodnemu chleb namyśli… Kocham cię.
                                                                                                  ***