Łączna liczba wyświetleń

piątek, 25 listopada 2011

21.

Do Joanny stamtąd miał już niedaleko. Dotarł na miejsce po kilkunastu minutach. Była w domu, nigdzie się dziś nie ruszała. Prała, piekła pierniczki i gotowała obiad. Potem zmęczona, przy lekturze książki, zdrzemnęła się na chwilkę.  Właśnie wstała i zajęła się sprzątaniem. Kontem oka, przez okno, spostrzegła na podwórku Jacka na koniu. Ucieszyła się, zdążyła go już polubić. Spodobała się jej,  jego szczerość i bezpośredniość. Brak fałszu i poczucie humoru… Zbliżały smutne i pogmatwane losy.
Otworzyła drzwi i wyszła na ganek.   – Jakież to bogi sprowadzają w te strony? – przywitała się wesoło.
– A Święty Mikołaj przywiózł moc prezentów. – Odwdzięczył się radosnym zawołaniem. – Lekko zeskoczył z konia. I przywiązał do belki. Skierował się w kierunku domu, by się przywitać.
– Byłem na polowaniu i przywiozłem gęś,.. albo kaczkę do wyboru. A do tego świeżo upieczony chlebek.
– Uścisną lekko i ucałował dłoń Joanny.
– Znowu prezenty? Ach ten Święty Mikołaj. – odparła zdziwiona –  Jakoś za wcześnie tylko na Mikołaja.
– Oj za wcześnie, za późno. Każda pora na prezent jest dobra! Chodź wybierzesz sobie ptaka. – Wziął ją za rękę i lekko
poprowadził w kierunku konia.
– Wybieraj, gęś czy może masz ochotę na kaczkę. – Z przytroczonej torby wyciągnął chleb i podał jej.
– A więc? Kaczka czy gęś? Co podać? - Joanna zawahała się.
– Gęsina, będzie chyba mniej tłusta? Jak uważasz? – spytała.
– OK. Jedno i drugie dzikie, więc mało tłuszczu i tu i tu. Gęś będzie palce lizać. – Odwiązał ją od siodła, chwycił za nogi i skierowali się w kierunku domu.
– Głodny? Na pewno tak. Po polowaniu, na pewno Ci kiszki marsza grają… Pozwól że się odwdzięczę i Cię nakarmię. Ugotowałam coś dobrego na obiad…
Właściwie, to zjadłbym coś. Ale powinienem wrócić do domu.  Czeka tam na mnie ktoś i też by zjadł konia z kopytami.
– Masz gościa, nic nie mówiłeś że spodziewasz się kogoś. Kto to taki?
– To Rusłan, mój przyjaciel… - patrząc na niepewną minę Joanny, nie wytrzymał i roześmiał się.
– To ten pies, labrador co wpadł w moje sidła. Z dnia na dzień nabiera sił i teraz jest wiecznie głodny. Specjalnie dla niego wybrałem się na polowanie.
– Myślałam że masz gościa. – Zaśmiała się. – A to już stary domownik. Już chodzi?
– Zaraz zacznie biegać. Chodzi sam już po schodach, nie trzeba go wynosić pod krzaczek. Dziś kilka godzin wylizywał swoje rany na dworze. Mocno kuleje, ale myślę że do mego wyjazdu do miasta wydobrzeje i wyruszy ze mną. Wszystko jest na dobrej drodze. Muszę go jedynie wreszcie nakarmić, bo je w nieswoje duchy.
– Rusłan mówisz. Ładne imię. Sam Ci się przedstawił?
– Może nie tyle sam, co zaakceptował imię,  machając ogonem.
– Mam kilka kostek i dla niego. Dziś były na obiad pieczone żeberka. Zaraz je podgrzeję i tobie.
Weszli do pokoju. Joanna położyła chleb na kredensie, a kaczkę wzięła z rąk Jacka i zaniosła do spiżarki. Na płycie stały w blasze pachnące w całym pomieszczeniu żeberka, wraz z upieczonymi razem kartoflami.
– A skąd te ziemniaki w lesie? – spytał.
– A za domkiem jest ogródek. Jak tylko tu przyjechałam, posadziłam w nim koszyk znalezionych w spiżarni, pomarszczonych i zwiędniętych, kartofli. Odwdzięczyły  mi się i wyrosło ich dużo i duże. Poza tym są bardzo smaczne i zdrowe. Zaraz spróbujesz.
Podłożyła na żar, który tlił się jeszcze od obiadu, parę suchych polan. W mig zajęły się ogniem. Postawiła blachę z jedzeniem na środku płyty i przykryła specjalnie zrobioną przez kowala metalową przykrywką.
– Zaraz będą gotowe. – powiedziała.
Tymczasem zapraszam do stołu. Napijesz się czegoś?  Kawy? – kiwnął głową.

– Już wstawiam. Tu są ciasteczka do kawy. Widzę że jesteś zadowolony, polowanie udane?
– Tak, teraz, gdy ptactwa pełno to i upolować coś nie jest sztuką. Poza tym jest tu taka naturalna przyroda. Tyle zwierzyny i odludzie, to, raj dla myśliwych. Byłaś przy Czterech Dębach? Cudowne miejsce.
– Nawet nie wiem gdzie to jest. – odpowiedziała.
–To całkiem niedaleko. W dół za tym cyplem leśnym. Jakieś pół godziny konno. Piękne wielkie mokradło, śliczne jezioro, wiele zwierząt. Wspaniałe widoki. Muszę Ci to kiedyś pokazać. Jest tam piękne miejsce na piknik. I dojechać łatwo.
– Chętnie bym się wybrała.
W czajniku zawrzała woda. Joanna sprawnym ruchem nasypała kawy do imbryka i zalała. Postawiła na stół duże filiżanki i zaczęła się krzątać przy żeberkach. Przełożyła je do wzorzystej, srebrnej misy, a do drugiej już zwykłej nałożyła kartofle. Wszystko to postawiła na środek stołu, obok sztućców i talerzy.
– Wuala. – powiedziała i usiadła naprzeciw Jacka.
– Ja już jadłam, ale nabiorę trochę i zjem dla towarzystwa. Smacznego.
Jacek poczekał aż Joanna nałoży sobie, potem nałożył dla siebie. Spróbował.
– No miałaś rację kartofle delicje. Ale żeberka, pięknie przerośnięte mięsem. Gdzie Ci się taki smaczny zwierz uchował? Bo chyba nie upolowany. Zwierzęta z lasu Takich żeber nie mają.
– Tak, te żeberka są przygotowane i zakonserwowane. Ostatnia dostawa mego stryja. Dbają o mnie tutaj. Czasem dostarcza mi takie delicje od swojej żony.
–  Ano właśnie, pomyślałaś już coś na temat listy zakupów?
– Jeszcze nie, muszę zrobić przegląd, nie mówiłeś że dziś wpadniesz.
–  Oj przepraszam, nie zapowiedziałem się…
–  Joanna spojrzała na niego z wyrzutem. - Ej, ej… -
–  No co?  Tylko żartowałem…
–  Wiesz że jesteś tu zawsze miło widziany.
–  Wiem i jest mi bardzo przyjemnie. Polecam się na przyszłość… Jak coś będzie trzeba to masz jeszcze kilka dni na zrobienie listy. Bo jak wiesz, chcę wybrać się z Rusłanem, a on jeszcze nie ma za dużo siły. Twoja stryjenka dogadza Ci tutaj, żebra delicje. Aż mam wyrzuty sumienia, gdyby wiedziała że karmisz tu traperów…
– Halo! Oddać Ci gęś?
– W żadnym wypadku.
– A gęsią? – Zażartowała i zaśmiała się perliście. Jacek też się zaśmiał i powiedział.
– Miło widzieć cię w takim dobrym humorze. A mówiłaś że jesteś w dołku.
– Ty też, a wcale tego po tobie nie widać. Widocznie dobrze wpływamy na siebie.
– Też tak myślę. – Skończyli jeść, naleli sobie po filiżance kawy. Wkładając do ust twarde pierniczki zapijali je kawą.
– Dobrze wyglądam, – powiedziała Joanna z wypchanymi policzkami – bo i czuję się dobrze. Dawno nie miałam rzutu  choroby. Oprócz tego że może w każdej chwili zaatakować, to teraz czuję się wspaniale.
– Naprawdę miło mi to słyszeć.
– Muszę Ci coś wyznać... Zwierzyłeś mi się i powinnam opowiedzieć Ci teraz swoje losy. Ale, jeszcze na to za wcześnie. Muszę się najpierw sama z tym uporać. Poza tym to dłuższa historia. Opowiem Ci ją, gdy będziemy mieli więcej czasu.
– Nie ma pośpiechu Joanno, nie dlatego Cię odwiedzam. Do takich zwierzeń trzeba dojrzeć. Wiem o tym i rozumiem. Ja zwierzyłem się, bo miałem taką potrzebę i był wczoraj do tego wspaniały klimat. Poza tym, nigdy z nikim o tym nie rozmawiałem. To była potrzeba chwili… I wiesz co, ulżyło mi. Nie boli już tak bardzo jak o tym mówię. Umiesz wspaniale słuchać.
– Dziękuję. I ja rozmawiając z Toba nie czuję skrępowania. Jesteś moją pokrewną duszą.
– Zobacz, słońce już zachodzi, a ja ciągle tu siedzę i nie chce mi się nigdzie stąd ruszać. Dobrze mi tu, ale niestety musisz mnie wygonić. Bo zanim dojadę, będzie już ciemno, a pies głodny i muszę mu coś dać zjeść.
– Dam Ci dla niego kości z żeberek i trochę kartofli, zaraz Ci zapakuję. Poczekaj chwilę. Dziś będziesz miał czym Rusłana nakarmić. Ale jutro będziesz musiał coś mu sam przyrządzić. – Wstała i zaczęła się krzątać.
– Fajnie, dzięki. Jutro mam trochę zajęć i nie będę miał czasu wpaść do Ciebie. Ale po jutrze, może Rusłan wydobrzeje na tyle by wpaść w odwiedziny? No ale zobaczymy.
– Zapraszam. Jesteście tu zawsze miło widziani. – spakowała resztki i w torebce podała Jackowi. – Proszę to dla Rusłana.
– Dziękuję w jego imieniu.
Wstał, wziął od Joanny torbę i cmoknął jej dłoń na pożegnanie. To jak wszystko będzie dobrze i dopisze pogoda, pojutrze  wpadniemy. Miłego wieczoru i do spotkania. W drzwiach jeszcze raz odwrócił się i podziękował. Joanna już nie wychodziła, stanęła w drzwiach i obserwowała jak odwiązuje konia i na niego wsiada. Pomachali na pożegnanie do siebie. Jacek odwrócił się, spiął konia strzemionami i odjechał. Joanna długo odprowadzała wzrokiem znikającego w zacienionej ścieżce Jacka. Potem weszła do domu i zamknęła drzwi na skobel.

***

czwartek, 24 listopada 2011

20.

Rusłan najadł się i poszedł położyć się na swoim posłaniu. Jacek też już mógł spokojnie przygotować się do polowania. Przeczyścił dubeltówkę, przygotował naboje. Pomyślał że w powrotnej drodze może zajedzie do Joanny.
Zawiezie jej trochę świeżo upieczonego chleba i jak mu się poszczęści jakiegoś upolowanego ptaka. Ubrał się z myśliwska i spiął pasem z nabojami. Zostawiając psa w domu, poszedł osiodłać konia. Rozejrzał się raz jeszcze po obejściu, wsiadł na konia i ruszył stępa.
Postanowił zapolować przy czterech dębach. Tam zawsze szybko udaje się mu jakieś wodne ptactwo upolować.  Miał przed sobą kawałek drogi więc jak droga zrobiła się szersza, przeszedł w galop. Lubił czuć ten pęd i te równe jednostajne ruchy, uwalniające adrenalinę się w jego ciele.  
Nogi pracowały unosząc jego pochylone ciało nad końską grzywą. Kierował wtedy całym ciałem, pochylając się i ściskając konia kolanami. Wodzy używał rzadko, tylko w nagłych zwrotach i sytuacjach awaryjnych. Zresztą, koń znał już na pamięć całą okolicę i intuicyjnie wyczuwał gdzie powinien jechać.
Po kilkudziesięciu minutach zbliżył się do mokradeł. Zaczynały już się pojawiać trzciny, więc zwolnił, by w końcu zsiąść z konia i uwiązać go do pnia zwalonego drzewa. Szedł powoli, skradając się. Zarówno broń jak i całe jego spięte ciało, gotowe było, do wycelowania i oddania natychmiastowego strzału. Ale dziś nie było tak prosto. Przeszedł jeszcze z kilkaset metrów zanim wzbiło się w powietrze, stadko dzikich gęsi. Nie miał czasu do namysłu. Wystrzelił dwa razy. Trafił, te dwie najbliższe.   
Spadły ciężko w pobliskie szuwary. Załadował broń i ostrożnie poszedł w tamtą stronę. Nie miał kłopotu z ich odnalezieniem. Jedna wpadła w płytką kałużę. Tam gdzie teren był pokryty gęstą, wchodzącą na wodę trawą.
To ona rosnąc, tworzyła gęste dywany, czasem porośnięte wątłymi krzakami. Była też często urywana na silnym wietrze i pływała po jeziorze, tworząc ruchome wyspy.
Druga gęś spadła już do wody jeziora, ale szczęśliwie przy brzegu. Znalazł w pobliżu długą suchą gałąź i wiosłując nią, powoli przyciągnął ptaka do brzegu. Dobrze że miał na sobie długie do kolana gumowe buty, bez nich na pewno by się zamoczył. Przyczepił ptaki do paska i poszedł dalej w kierunku trzcin.
Spodziewał się upolować coś jeszcze. Ale spacer się przeciągał. Jeszcze musiała minąć godzina zanim natkną się na następną parkę. Znowu pewną ręką wystrzelił dwa razy i dwie kaczki spadły mu prawie do stup.                          
–  Plan wykonany a i z prezentem będę mógł zajechać do Joanny. –  pomyślał – Zadowolony skierował się w kierunku pozostawionego konia. Odszedł spory kawałek, więc i spacer miał długi. Był czas rozejrzeć się po okolicy.
Słońce kierowało się już ku zachodowi. Cienie, z rosnącego nieopodal wysokiego lasu, robiły się już dłuższe. Wchodziły na taflę wody i rosnące tam trzciny. Tworzyły piękną mozaikę barw na falach  połyskującego jeszcze w  promieniach słońca jeziora. Miejscami było ono zarośnięte wysokimi trzcinami, szumiącymi i kłaniającymi się obserwatorowi na wietrze. Gdzie indziej pływały po nim całe wyspy z połączonych ławic gąbczastych traw.  
W takich chwilach, przytłoczony widokiem tej dziewiczej przyrody, czół jaki jest mały. Jaki ma nieznaczny wpływ na to co go otacza. Jak przyroda się ciągle zmienia i kieruje się swoimi prawami. To co podziwiał jednej jesieni, do drugiej już nie istniało. To co latem mogło służyć całym  pokoleniom stworzeń jako pokarm. Zimą zamierało w bezruchu.
Czas ucieka. Wszystko rośnie, rozwija się, by w końcu obrócić się w pruchno, służące jako pokarm owadom, kryjówka gryzoniom, kompost. To co teraz jest piękne, zgnije i da początek nowemu życiu.
Poddając się takim, rozmyślaniom, doszedł w końcu do pasącego się konia. Dosiadł go, wspiął strzemionami i ruszył w kierunku lasu..
                     
                                                                                                                      *** 
19.

Wyłożył z blaszek na stół świeży, gorący chleb. Jego razowy zapach rozszedł się natychmiast po domu. Przetarł go czystą szmatką namoczoną w wodzie, by nie popękał. Teraz przydało by się masełko, uformowane w osełka, świeżo ubite w  maselniczce, położone grubo na ten świeżutki, ciepły jeszcze chlebek. Mmm, mniam...    
Rozmarzył się, przypominając dawne czasy, gdy jako mały chłopiec, spędzał lato u dziadków. Niestety dziadkowie już nie żyją. Nie ma już tego klimatu dawnych czasów, gdy beztrosko spędzał u nich wakacje i jeździł z rodzicami na  pachnące wypiekami święta. Zmarli, gdy zamieszkał tutaj, daleko od nich, od miasta, w lesie.
Bardzo przeżyli jego tragedię, był przecież ich ulubieńcem. Najpierw zmarł dziadek, a po pół roku, poszła w jego ślady babcia. Nie chorowali, odeszli bo przyszła na nich pora. Przeżyli szczęśliwie, całe swoje wspólne życie i zmarli prawie jednocześnie. Był na ich pogrzebach. Spotkał się tam z całą rodziną. Na pamiątkę z ich domu, wziął kilka drobiazgów, ułatwiających życie.
Teraz gdy pojedzie do miasta, znowu odwiedzi z tradycyjną wiązanką białych kwiatów, cmentarz i ich wspólny grób. Drugą wiązankę położy po sąsiedzku, na grób swoich kobiet. Laury i córeczki Leny.   
Przy ścieżce gdzie rośnie duży, największy na cmentarzu świerk, usiądzie naprzeciw ich grobów na ławeczce i będzie długo wspominał szczęśliwe chwile gdy byli jeszcze wszyscy razem.
  
                                                                                                   ***

środa, 23 listopada 2011

18.

Już od świtu Rusłan nie dał mu spać. Chodził od łóżka do drzwi skomląc cicho.
                    – Jejku, Rusłan. Spać mi nie dajesz. Na spacerek wyciągasz skoro świt. Litości… Powoli wstał łóżka i otworzył psu drzwi. Usiadł na schodach i ziewając raz po raz, obserwował psa i jego postępy w chodzeniu. Rusłan odzyskiwał już siły. Kulał jeszcze co prawda mocno, ale chodził i widać było jak z dnia na dzień wraca do formy. Gdy załatwił pod krzaczkiem swoje potrzeby, usiadł na trawie i zaczął lizać rany.
                    Był piękny poranek. Promienie słońca już zaczęły ogrzewać powietrze, mgiełka zaczęła się unosić i tylko w cieniu utrzymywała się jeszcze rosa. Gdzieniegdzie połyskiwały ażurowe, srebrne sieci pajęczyn
                    Jacek zostawił psa na dworze i sam wszedł do domu. Trzeba mu ugotować przecież coś do jedzenia. – pomyślał.
Rozpalił w piecu i zajął się przygotowywaniem posiłku. Ugotował dwie zupy z puszki. Sobie, wystarczyło by ją tylko podgrzać. Rusłanowi trzeba ugotować dodatkowo jeszcze porcję kaszy. Starczy jedzenia na dwa dni. Ale chyba, trzeba będzie coś do tego upolować. Jeszcze jedna gęba do wykarmienia i to bardziej wybredna. Pies nie potrzebuje soli i przypraw, ale za to posiłek musi być świeży.
                    Na polowanie wybierze się pod wieczór. Teraz zajmie zaplanowanym przygotowaniem i wypiekiem chleba.  Na razie zdjął z płytki podgrzane konserwy. A kaszę odstawił ma sam brzeg by powoli dochodziła. Poszedł do spiżarki po zaczyn, zostały z ostatniego razu. Teraz zaczął przygotowywać z niego chleb. Przyniósł dzieżę i potrzebne produkty. Cała praca zajmowała sporo czasu. Bo to i zaczyn musi dojrzeć, potem jeszcze i wymieszane ciasto.  
Gdy miał wolną chwilę, osiodłał szybko konia i pojechał po  tatarak nad rzekę. Jak wrócił wszystko już było gotowe. Piec rozgrzany, promieniujący ciepłem, ciasto w dzieży, wyrośnięte. Od razu załadował je do dwóch dużych blaszek. Poczekał aż znowu podrośnie, postawił na nich znak krzyża i wstawił do pieca. Piec nie był ani duży, ani przystosowany do pieczenia chleba, więc musiał pilnować by temperatura była przez cały czas odpowiednia. Musiał być cały czas w gotowości. Gdybym miał taki piec jaki jest u Joanny – pomyślał – było by dużo łatwiej.
Zmył naczynia i schował je. Zaniósł produkty i zostawiony na następny raz zaczyn, do spiżarki. Teraz mógł zająć się jedzeniem Rusłana. Wyłożył podgrzaną konserwę do wiaderka, do niej wsypał kaszę, dodał przegotowanej wody i wszystko dokładnie wymieszał. Część wyłożył od razu do miski, by ostygła.
Nakrył do stołu i sam mógł już spokojnie zjeść. Otworzył drzwi i zagwizdał na psa. 
                                                                                                  
                                                                                     ***

wtorek, 22 listopada 2011

17.

                    Gdy wrócił do domu, panował już zmrok. W drzwiach został przywitany przez kulejącego szczeniaka. Cieszył się bardzo że go widzi, merdał ogonem i popiskiwał.  Jacek postawił obraz Joanny na kredensie, ukląkł przed nim i czule przytulił.  
– Hej biedaku, jak tam, tęskniłeś? Jak to miło gdy ktoś wita cię w domu – zagadał – Głodny jesteś, chcesz coś zjeść? Zaraz nakarmię pieska zaraz. Dał mu wody i wylał resztę zupy do miski. Pies jadł szybko i z apetytem, rozpryskując przy okazji jedzenie dookoła.  
                    –  Aleś zgłodniał. Niebyło mnie kilka godzin, a jesz jakbyś jedzenia nigdy nie widział. –  uśmiechną się do siebie –  Znowu będę musiał ci coś ugotować, ale nie dzisiaj. Jutro z rana, dobrze? Dzisiaj już nie dam rady. Dobry piesek…
Przyniósł z podwórka kilka polan i rozpalił w piecu. Wstawił w imbryku wodę na kawę. Dobrze było by coś zjeść. –  pomyślał –   Cały dzień tylko na ciasteczkach to trochę za mało. Chociaż, co prawda, Joanna proponowała mu posiłek u siebie. Ale nie chciał jej robić kłopotu, poza tym, wtedy nie był głodny. Teraz jednak, po podróży w siodle, poczuł głód. Najszybciej było mu usmażyć jajka, więc poszedł do spiżarki, odkroił spory kawałek bekonu i sięgnął po jajka. Wziął od razu cztery. Potem ukroił dwie pajdy chleba.  Zapas chleba już mu kurczył i trzeba by było pomyśleć o upieczeniu nowego. Postanowił że jutro się tym zajmie.
Ogień rozpalił się i potrzaskiwał wesoło. Towarzyszył temu snop iskier wydobywających się co i raz do popielnika. Zaczynało się robić ciepło. Jacek przy patelni pogwizdywał cicho. Jeszcze chwila i wszystko będzie gotowe. Postawił talerz z jajecznicą na stole. Zmielił i zalał kawę.  Jej aromat jak zwykle szybko się rozszedł po domu. Jadł z apetytem. Ale mylił by się kto, że będzie jadł sam. Pies podszedł zaraz i poszturchując go swoim nosem, wymusił na Jacku, a to trochę chleba umoczonego w tłuszczu, a to kilka plasterków bekonu w jajku.
Po kolacji Jacek przyniósł z tarasu swój ulubiony fotel. Postawił przy stole tak, by mógł widzieć cały pokój. Nalał do szklaneczki wiśniowej nalewki i zapalił  skręta. U jego stóp, zaraz położył się pies. Unosił co i raz wzrok i patrzył mu w oczy. Jacek rozsiadł się wygodnie i zwrócił się do psa.  
–  No pies, fajnie, ale pora jakoś cię nazwać. Przecież nie będę mówił do ciebie pies, psina. Jak ci na imię? Burek, Łaps? A może Rusłan! Zawsze podobało mi się to imię. A tobie? Podoba ci się? Rusłan!...
–  Pies uniósł głowę i poruszył bez entuzjazmu ogonem – No widzisz, zostaniesz więc Rusłanem.

                                                                               ***

niedziela, 20 listopada 2011

16.

Wyjechał zaraz po śniadaniu. Do przejechania miał przecież spory kawałek. Wybrał najprostszą drogę. Pojechał brzegiem lasu. Potem glinianym duktem wzdłuż dębowego zagajnika, i na końcu w prawo, w żwirową ścieżkę prowadzącą przez sosnowy las. To tam po środku, jest ta piękna, duża polana, z widokiem na dolinę.  Ta sama zresztą, którą podziwia i ze swojego tarasu, tylko pod innym kontem.
Jednak tu jest porośnięta inną roślinnością. Rośnie tu buk, grab, klon i to one teraz pokrywają cały pagórek dywanem z różnokolorowych liści. Czerwone, brązowe i wszystkie odcienie żółci. Tworzą one wyspy w  śród traw i nadbrzeżnych trzcin, a rzeka, wspomagana przez bobry, tworzy rozlewiska i bagna. Co jakiś czas, widać żółte, wiotkie girlandy z brzozowych gałązek, podparte siwymi pniami. Przy brzegach rozlewisk zaś, rozłożyły się postawne olchy, o ciemnych brunatnych liściach.

Dojechał do środka polany. Słońce właśnie skryło się za warstwą białych chmur. Kolory drzew zmieniły barwę. Z jaskrawych, na stonowane,  jakby wyblakły. Na polanie nie było nikogo. Skierował się do prowadzącej ku chacie, leśnej ścieżki. Chatka stała na jej końcu. Nie była jedną z tych okazałych. Taki traperski domek. Za nim stała duża szopa, a trochę z boku, przy lesie stylowy, nowy, wychodek z dębowych heblowanych desek. Podwórek był spory. Była na nim długa belka do uwiązywania koni i studnia z daszkiem. Było i koryto do pojenia zwierząt.  Na podwórku nie było nikogo. Zsiadł z konia, uwiązał go do belki. Skierował się od razu w kierunku chaty. W drzwiach przywitała go Joanna. Widocznie zadowolona z jego odwiedzin.
– Witam sąsiada – powiedziała wesoło.
– Co pana Jacka sprowadza w te strony? Czyżby jakieś interesy?
– Dzień dobry – odpowiedział – Postanowiłem panią odwiedzić… ot tak, bez okazji.
Wyglądała inaczej niż ostatnio, swobodniej.  Też skromnie, ale jakoś bardziej lekko i elegancko. Jej głos brzmiał dźwięczniej i weselej. Oczy błyszczały, a rozpuszczone włosy falowały na wietrze.
                    Mieszkamy tutaj tylko my we dwoje, wpadłem więc zobaczyć czy wszystko w porządku i porozmawiać przy butelczynie mojego jeżynowego wina. – Powiedział wręczając trzymany w ręku trunek.
                    – W takim razie zapraszam.
Odwróciła się otwierając szeroko drzwi zapraszając gościa do środka. We wnętrzu panował przyjemny półmrok. Przez nieduże okna wpływało do środka, przytłumione nieco światło z podwórka. Dwuizbowe wnętrze niewiele różniło się od wnętrza jego domu. Po środku salonu leżał duży beżowo-czerwony dywan. A na nim stał masywny stół z sześcioma nie mniej solidnymi rzeźbionymi krzesłami.

W prawym rogu przy ścianie oddzielającej pokój od, sypialni, stał kaflowy piec z czteropalnikową płytą. Za nim okno,  i duży kredens. Obok niego, zlew z ręczną pompką do wody i szafka. Na lewo znowu okno i szafa na ubrania. Chociaż okno było otwarte, panowało tu przyjemne ciepło rozchodzące się od pieca.
                    – Ależ tu przytulnie – stwierdził – Nigdy nie byłem w środku. Te zabytkowe meble… Dają taki dostojny klimat i jednocześnie nie przytłaczają.
                    – Też mi się tu podoba… Proszę usiąść przy stole.
To chata mego stryja. Swego czasu, gdy mu się lepiej wiodło, postawił sobie chatkę w lesie, daleko od ludzi.  To było po śmierci jego pierwszej żony.  
– Opowiadając postawiła na stole dzbanek lemoniady i szklanki. A koło wazonu polnych kwiatów stojących na serwetce, ustawiła paterę ciastek wyjętych z kredensu i dwie lampki do wina.
Usiadła, naprzeciw Jacka.
                    – A co tam u pana? Złapał pan ostatnio coś w sidła? – spytała
                    – Ano właśnie, – powiedział i machał ręką. – Mam zamiar skończyć ten cały zbójnicki proceder. Po prostu mam wyrzuty sumienia. W sidła wlazł pies, roczny szczeniak. Bardzo się pokaleczył, teraz dochodzi do siebie u mnie w domu. Piękny pies, labrador.  
                    – A skąd się wziął labrador na tym odludziu?
                    – Nie mam pojęcia Sam jestem zdziwiony. Pewnie odszedł za daleko od właściciela i się zgubił. Ten szukał go wszędzie, aż nieszczęśnik wlazł w moje sidła. Dobrze że nie natknął się na wilki.   
Joanna, brała po kolei szklanki i nalewała lemoniadę. – Proszę – Podała jedną Jackowi. Wypili po łyku.

Wypijmy za te nasze pierwsze sąsiedzkie odwiedziny. Jacek sięgnął po butelkę z winem. Wyjął z kieszeni scyzoryk z korkociągiem i rozkorkował butelkę. Nalewał delikatnie wino do kieliszków, poczym jeden podał Joannie.
                    –Na zdrowie! – Unieśli kieliszki, i zabrzęczało szkło.
– Za spotkanie – Powiedziała Joanna. wypili trochę i odstawili kieliszki.
– Mmm… Smaczne.
– Dziękuję, specjalność rodzinna. Mam tego jeszcze sporo w piwniczce. Jeszcze nie raz możemy się spotkać.
– Więc, proszę wpadać częściej. Zapraszam. Mam jeszcze trochę przetworów to i ciasteczek mogę upiec.
                    – Na pewno skorzystam. A tak przy sposobności – wtrącił – Wybieram się za kilka dni do miasta sprzedać skóry i  przy okazji uzupełnić zapasy. Może i Pani coś kupić?
             –Wiesz co, Jacku? Dziwnie to jakoś brzmi … Pan. Pani. Myślę że w tych warunkach to za bardzo oficjalnie. Może przejdziemy na ty? – Zaproponowała Joanna.
           – Masz rację, chciałem to samo zaproponować. Uśmiechnął się. Wzięli kieliszki do rąk i znowu zadźwięczało szkło.
– Jacek, –  
– Joanna–
– No to jesteśmy już prawdziwymi sąsiadami. – Uśmiechnęli się patrząc sobie w oczy.  

– Wiesz co Jacku, odnośnie Twego wyjazdu. Muszę się zastanowić. Zrobię listę i przed odjazdem ją Ci dam. Dobrze?
– OK. Pasuje. Jak będę wyjeżdżać to wpadnę. Muszę posprzedawać te skóry, i tak przecież już ich nie przybędzie.
– Widzę że naprawdę wzięło Ciebie na wyrzuty sumienia. Musiał Cię nieźle zdołować ten widok psa w sidłach?    
– Wiesz, nie tyle ten widok, co jego uwolnienie. Zaplątał się solidnie i musiał bardzo cierpieć zanim go uwolniłem.
A nie było to dla mnie przyjemne, zwłaszcza potem, gdy zdałem sobie sprawę że to przeze mnie ta jego męczarnia.
Gdy zawiozłem go do domu, przemyłem mu rany i popatrzyłem w jego zamglone oczy, to  pierwsze co mi przyszło do głowy to pojechać zaraz i zniszczyć wszystkie wnyki.
                    – Bardzo to przeżyłeś, współczuję i Tobie i jemu. Tylko co Ty teraz biedaku będziesz robił? – spytała uśmiechając się.
                    – No właśnie… Myślałem żeby sobie kupić kozę. – Joanna zaśmiała się i powiedziała:
                    – No… Wyobraziłam sobie Ciebie jak ją codziennie doisz. Od tyłu. Cha, cha, cha…
                    – Eee tam… Wiesz, że oprócz jaj, nie jadam w ogóle nabiału. Marzy mi się serek, masełko, mleko.
                    – To kup sobie krowę.
                    – Krowie trzeba zrobić mnóstwo siana ma zimę. Trzeba codziennie doić, a gdzie ja byka znajdę?
                    – No tak, to jest problem, sam jej nie poradzisz. Cha, cha, cha. Koza to mniejszy kłopot… 
– Puść babę samą do lasu… – Spojrzał spod oka na Joannę i zaczęli się wesoło śmiać z siebie. Umoczyli usta w winie.
– A tak właściwie, myślałem o parce.  
– Wiesz co… To chyba dobry pomysł. Tylko że słyszałam o kozim serze. Ale o kozim maśle i śmietanie? Pewnie i z mleka koziego też da się je zrobić, ale trzeba więcej kóz. – powiedziała – Więc chyba jednak lepiej krowa?
– A co z bykiem? – Znowu zarechotali.  
– Trzeba to dobrze przemyśleć.
Jacek dolał wina do kieliszków. Wzięli po pierniczku.
                    – A jak dajesz sobie radę tu sama? Bo tak się zastanawiałem, czy ktoś Cię tu odwiedza? Czy uzupełnia zapasy?
                    – Miło że pomyślałeś o mnie. Umówiliśmy się ze stryjem, że raz w miesiącu wpadnie tu w odwiedziny. Nie wiem, ile czasu tu sama wytrzymam. Ale jestem tu już ponad trzy miesiące i bardzo mi się tu podoba.
                    – Trzy miesiące? Cale lato. To co robiłaś że cię nie spotkałem?
                    – Mówiłam Ci Jacku, przyjechałam tu by nabrać dystansu, do siebie, choroby. Narobiłam wiele głupstw.
                    – A mogę wiedzieć na co chorujesz? Bo nie wyglądasz na chorą, a mówisz o chorobie bardzo źle.
Spuściła wzrok, spoważniała, zaczęła się zwierzać.
– Bo widzisz, to paskudna choroba. Najczęściej są tak zwane rzuty, po nich następuje poprawa.  Prędzej czy później zaatakuje i ustąpi lub nie. Nie wiesz tego i nikt ci tego nie powie.  Jest źle, ale się już do niej przyzwyczaiłam . Leczę się, rehabilituję,  potem długo wracam do siebie. Nigdy nie cofa się do tego stanu jak było. Zawsze jest jakiś uszczerbek na zdrowiu.  Najczęściej przechodzi po tabletkach, ale bywa że potrzebuję kroplówki. Na początku byłam kilka razy w szpitalu. Długo mnie badali i stwierdzili Stwardnienie Rozsiane…
                    – Mało wiem o tej chorobie. Ale czy nie powinnaś być bliżej lekarza. Tak daleko w lesie, to chyba niebezpieczne?
                    – Być może. Ale tutaj czuję się dobrze i na razie zostanę. 
Jednak, kończmy ten temat. – wstała – Zobacz skończyłam malować obraz. Co o nim sądzisz?
Przyniosła z sypialni i płótno które malowała na polanie. Przedstawiał widok z polany, na rozpościerającą się w dali dolinę. Na płótnie było widać mgłę pokrywającą rzekę i mokradła. Jaskrawe promienie słońca odbijające się w liściach drzew i na pagórkach. Kontury kształtów, tak jak u impresjonistów, były lekko rozmazane, jednak kolory oddawały świetnie cały klimat doliny.  
                    – Wspaniałe! – zawołał – Mówiłem że świetnie malujesz. Oddajesz cały ten fascynujący klimat na swoich płótnach. Piękne, delikatne barwy. No i ta nasza dolina. Podziwiam Cię, powinnaś robić wystawy swoich prac i wernisaże. – spojrzał na Joannę i uśmiechnął – Przepowiadam ci sławę i bogactwo.  
– Ładnie mówisz Jacku. Podoba mi się ta ocena.  – powiedziała z uśmiechem i podała mu obraz.
– Chciałabym żeby wszyscy tak sądzili… Proszę to jest prezent ode mnie.
                    – Ale … – zaoponował, lecz Joanna nie dała mu dojść do słowa.
                    – Tak, tak. Podobno pierwsze dzieło trzeba sprezentować komuś życzliwemu. A to jest właśnie te pierwsze, a Ty tym życzliwym.   
                    – No to w takim razie, dziękuję, powieszę go na honorowym miejscu i oprawię w ramy. Bardzo się cieszę.
Dziękuję za słowa – komuś życzliwemu. Miło że tak uważasz. Aż się wzruszyłem…  
                    – Tak Jacku uważam! Tobie pierwszemu pokazałam płótno i Ty mnie zmobilizowałeś do namalowania następnego. Wiesz ile to dało mi satysfakcji? To ja Ci dziękuję.
               – Czuję się speszony jak tak mówisz. – Zasłonił ręką czoło, zamarł na chwilę w tym teatralnym geście i powiedział. Zamilcz kobieto, zamilcz. Nie zniosę tego więcej…  – Roześmieli się.  
                    – No to w takim razie wypijmy za Twój talent Joanno!
                    – I za wszystkich utalentowanych. – znów zadźwięczało szkło.
                    – Wspaniale mi się z Tobą rozmawia. Czasami miesiącami nie mam do kogo ust otworzyć. Gadam do konia, do siebie. Dobrze że tu jesteś. Nie zdziwaczeję do końca.  
Joanna popatrzyła na jego twarz i spytała poważniejszym tonem.
                    – A Ty Jacku, czemu się tu osiedliłeś? Też uciekasz od czegoś? A może jesteś poszukiwany listem gończym? – zażartowała
                    – Nie, nie jestem ani przestępcą ani zboczeńcem. No może trochę… – uśmiechnął się – Mieszkam tu sam od kilkunastu lat. A czy uciekam?..
– Można powiedzieć że tak. Miałem farmę, wspaniałą rodzinę, byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie...
Jednak podczas jednej z moich nieobecności w domu, przyszedł bandyta i… zamordował mi i żonę i córkę… Wszędzie była krew i te zbezczeszczone  zwłoki… To było straszne. – wspominał beznamiętnie –  Nie, nie mogłem już tam żyć… Nie mogłem sobie z tym poradzić…   
                    – Boże drogi! Jacek, przepraszam… Nie miałam pojęcia. Tak mi przykro. To straszne!  
Przez stół, chwyciła jego dłoń. Zaczęła ją głaskać. Na jej twarzy pojawił się szczery smutek. Ze współczuciem popatrzyła mu prosto w oczy. Jacek podniósł wzrok znad stołu i odwzajemnił spojrzenie. 
Na chwilę zapanowała cisza. Potem zaczął opowiadać dalej.
– Nie wiedziałem że dom był obserwowany. Dowiedziałem się o tym dopiero podczas śledztwa.
Nie było dla nikogo tajemnicą, że spodziewam się, ponad stu sztuk owieczek. W przeddzień jak zwykle, pojechałem do banku po pieniądze. Doradzili mi tam, bym nie trzymał pieniędzy w domu, bo to niebezpieczne. Że mogę przecież użyć przelewu. Była to dla mnie pewna nowość, ale skorzystałem z ich rady.
Załatwiłem jeszcze kilka spraw i wracałem do domu. Po drodze za miastem, spotkałem posłańca który powiedział, że jutro po południu owce dotrą na miejsce. Umówiliśmy się, że spotkamy się przy banku w mieście. Zajdziemy i przeleję im tam całą sumę. Będzie to mój pierwszy raz, więc nauczą mnie tam jak to się robi, abym wiedział przy następnej dostawie. Potem, pojedziemy razem na farmę.      
Pomyślałem że to dobre rozwiązanie. Z rana pojadę do miasta, zamówię karmę. Umówię się ze stryjem Laury by mi pomógł w rozładunku. Potem bank, chwila oczekiwania i powrót z owcami do domu.

Nic nie zapowiadało tragedii. Obrządziłem się, zjadłem. Ułożyłem córkę do snu i jak zwykle wieczorem, zaplanowaliśmy z żoną jutrzejszy dzień. Wstałem o świcie i cicho by nikogo nie obudzić wyjechałem do miasta.
Kilkanaście minut potem, pod dom podjechał mężczyzna samochodem dostawczym. Wybijając lufcik w oknie, dostał się do środka. Obserwował jakiś czas nasz dom z pobliskiego lasu i wiedział że wyjechałem skoro świt. Ukradł gdzieś samochód i czekał na dogodny moment. Musiał się przygotowywać jakiś czas i podsłuchać moją rozmowę, bo był pewny że w domu są pieniądze na zakup owiec. Miał już kłopoty z prawem, kilka lat przesiedział w więziennym szpitalu psychiatrycznym.    
Nie wiem dlaczego nie zaatakował w nocy, gdy byłem w domu, tylko czekał na moment gdy żona i córka zostaną same. Wpadł z nożem do sypialni i zażądał pieniędzy. Gdy zorientował się że ich nie ma i nici z jego planu, wściekł się i zaczął się nakręcać. Rozwalał  sprzęty, demolował mieszkanie. Związał żonę i Lenę. Zaczął się nad nimi znęcać i wypytywać o wartościowe przedmioty. Nie mieliśmy ich za wiele i to go jeszcze bardziej sfrustrowało. Może dlatego zrobił to co zrobił?
Zgwałcił Laurę na oczach kilkunastoletniej córki i zadźgał ją nożem. Gdy podszedł do Leny, ta już wiedziała już co ją czeka. Broniła się, widać było że ją bił.  Nie miała siły biedna i uległa. Zrobił z nią to co z matką. To zboczeńca chyba usatysfakcjonowało i uspokoiło, bo znalazł w barku Burbona i nalał go sobie do szklanki. Wypił sporo, przysiadł przy stole.
Pewnie myślał co zrobił i co ma teraz uczynić. Może w końcu dotarło do niego co zrobił i opanowała go chęć ucieczki? Załadował to co znalazł wartościowego do samochodu i ruszył. Opatrzność jednak czuwała i nie dała mu odjechać w spokoju. Jadąc z górki, stracił panowanie nad kierownicą. Zjechał z drogi w rów i dachując kilkakrotnie, zatrzymał się na drzewie. Nie zginął od razu, nie mógł się uwolnić, wykrwawiał się pomału i umarł w męczarniach.
                    Przerwał swą opowieść. Joanna nie mogąc znaleźć słów, też milczała. Trzymała rękę Jacka i cały czas głaskała. W oczach jej widać było łzy. Płakała. Jacek miał oczy suche, nie miał już siły płakać. Na jego twarzy zagościł jednak, grymas bólu i cierpienia. Milczeli chwilę, a wzrok wbili w swoje ściskające się na stole dłonie…  
                    – Gdy jechaliśmy w południe do domu – kontynuował – ujrzeliśmy wypadek przy drodze. Zatrzymaliśmy się, by zobaczyć co się stało. Wydarzył się dawno więc nie mogliśmy już pomóc. Powiadomiliśmy o tym, CB-radiem z ciężarówki, policję. Gdy  spoglądnąłem do rozbitej furgonetki, zobaczyłem rzeczy z naszego domu. Zaniepokoiłem się. Powiedziałem o swoich obawach teściowi i zostawiając jednego z pomocników na przyjazd Policji, ruszyliśmy śpiesznie do domu. Co tam zobaczyliśmy, było szokiem i dla nas i ludzi z firmy handlującej owcami. Nie wiedzieliśmy co robić. To oni zawiadomili policję, zadecydowali co zrobić z owcami, zadzwonili do rodziny.
Po okresie niedowierzania, miotania się w rozpaczy i szoku, usiadłem sam na ganku i siedziałem tak odrętwiały do rana. Czekałem aż koroner i policja skończą w domu wszystko, co do nich należy. To wtedy postanowiłem że sprzedam wszystko i wyjadę. Że zostawię wszystkich, i zamieszkam sam gdzieś na odludziu.
                    – Podbródek Joanny drżał. Nic nie powiedziała, kiwała tylko głową i głaskała dłoń Jacka.
                                                                                                  ***

piątek, 18 listopada 2011

15.

Z rana, pies znowu nie dał mu dłużej poleżeć w łóżku. Piszczał i chciał wyjść. Jacek niechętnie zwlókł się z łóżka by wynieść go na dwór. Trawa po nocy była zaroszona, więc położył psa przy schodach. Niech siknie raz przy domu. Jednak ten popatrzył na niego z wyrzutem, wstał i jeszcze mocno kuśtykając, udał się pod swój krzaczek. Wrócił sam, po zrobieniu tego co miał zrobić. Ale po schodach, Jacek musiał go jeszcze wnieść. Położył go na posłaniu i  dał mu pić.
                    Rozbudził się już zupełnie. Ubrał się, rozpalił w piecu i wyszedł do obrządku. Napoił i wyprowadził konia na łąkę. Nałożył siana do żłobu. W pojemnik sypnął garść ziarna kurom i dolał wody do poidła. Jak wrócił, w domu panowało przyjemne ciepło. Wstawił kawę, zrobił sobie jedzenie.  

– Przydało by mi się trochę nabiału – pomyślał – świeży ser, masło, śmietana, mleko. Dobry pomysł. Ale do tego potrzebna jest krowa. A potem, codzienne dojenie, siano na zimę, przewiązywanie . No i zacielanie. Ojej… Za duży luksus jak na mnie. A może wystarczy koza? Mniej wybredna, mniej potrzebuje zachodu.
To coś dla mnie. Jednak już byłbym bardziej uwiązany do domu. – Medytował.
Teraz wsiadam na konia i jadę. Jestem wolny. Nie wiem czy jest to warte całego tego poświęcenia.
Koza, a może parka?... Ser mleko?... Hmmm – zadumał się – To chyba nie byłby taki głupi pomysł. Ale te obowiązki…
                   
Przypomniał sobie o wczorajszym postanowieniu, związanym zsąsiadką. Trzeba było by się pomału zbierać. Tylko tak nieładnie wpaść w odwiedziny bez niczego. Myślał o wzięciu jakiejś wędzonki, jaj. Ale jak ma to wszystko w swojej spiżarce? Najlepiej będzie jak weźmie ze sobą jakieś wino i się zorientuje czy czegoś jej nie brak. Jak coś trzeba, zawsze można będzie wpaść znowu.
Zaglądnął do spiżarki,  w samym rogu na dole, znajdowała się półka z kilkoma flaszkami wina. Wybrał jeżynowe. Zaniósł do kuchni i postawił na stole. Tylko co zrobić z psem? Zostawić samego w domu… Chyba niema innego wyjścia. Przecież nie zabierze go ze sobą. Na podwórek jest jeszcze za słaby. Nie ucieknie i się nie obroni. Przed odjazdem wyniesie go by się załatwił. Zostawi mu w domu wodę i jedzenie. Nie jedzie przecież na długo.
                   
                                                                                          ***