Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 17 listopada 2011

14.

Zmęczony i szczęśliwy usiadł w swoim fotelu na tarasie. Miał udany dzień. Krzątał się na dworze, by nadgonić nieco przygotowania do zimy. Trochę się zestresował gdy pękł mu trzonek od siekiery i nijak, nie mógł dopasować nowego. Stracił trochę czasu, ale znalazł w szopie, zapomniany, oryginalny trzonek, kupiony w sklepie. Osadził go i od razu wszystko poszło składnie.  

Teraz, po kąpieli był zrelaksowany i zadowolony. Zwłaszcza, że po obiedzie, jego ranny przyjaciel zjadł pierwszy skromny posiłek. Po nim jednak jakoś dziwnie się zachowywał. Popiskiwał i nie spuszczał z Jacka wzroku.
Okazało się, że jest dobrze ułożony i nie potrafi załatwiać się w domu. Jacek wyraźnie zadowolony z tego faktu. Wziął psa na ręce i wyniósł go pod krzaczek. Tam pies zrobił  to co miał do zrobienia i spojrzeniem dał znać że może wrócić na posłanie. Gdy wrócili, zaraz zamknął oczy i usnął.
                   
Na dworze było ciepło i słonecznie. Jacek sięgnął po kawę stojącą na stoliku. Delektował się jej smakiem. Lubił zapach, świeżo zmielonej kawy, gdy całe pomieszczenie długo było wypełnione jej aromatem. Skończywszy pić, odstawił kubek i sięgnął po sakiewkę z tytoniem. Zrobił sobie skręta i zapalił.
Z początku, gdy zaczynał palić, palił fajkę. Lubił zaciągnąć się jej waniliowym dymem. Tytoń zawsze kupował w kolonialnym sklepiku, w miasteczku, między gospodą a parkiem. Laura lubiła ten zapach. Przypominał jej dzieciństwo, okres świąteczny i zapach wypiekanych przez jej mamę ciastek.
Ale fajka się złamała. A i on miał wtedy mniej czasu. Zaczął robić skręty. Paliły się szybciej, palił więcej no i wpadł w nałóg. Dopiero tutaj w lesie, ograniczył palenie do dwóch, trzech skrętów palonych po obiedzie i wieczorem. Były to chwile gdy mógł coś spokojnie zaplanować i przemyśleć.

                    Właśnie myślał o jego obecnej sąsiadce, Joannie. Jakąż to miała tajemnicę? Jeżeli była chora, to co robiła sama w lesie? Czyżby nie miała nikogo co by się o nią zatroszczył? Czy ma rodzinę? Sam nigdy by nie pozwolił żadnej kuzynce, zamieszkać w lesie. Samej, daleko od ludzi… Widać, że była  wykształconą, zdolną no i bardzo ładną kobietą. Czyżby naprawdę nikogo bliskiego nie miała? Za dużo pytań…  
Musi ją jeszcze odwiedzić i zdobyć chociaż na niektóre pytania odpowiedzi. Bo jeśli jest sama, to jako sąsiad, powinien przynajmniej się zainteresować, czy jej czegoś nie potrzeba. Postanowił, że wpadnie do niej jutro koło południa.   

Powoli słońce zachodziło i w miejsce blasku popołudniowego słońca, zaczął spływać na dolinę zmrok i chłód wieczoru. Wszedł do środka. Pod jego nieobecność, pies wypił wodę, i została tylko resztka zupy.
Zapalił lampę. Pies, gdy poczuł go w pokoju, zaskomlał. Dał znak, że chce wyjść za swoją potrzebą. Jacek wyniósł go na trawę i położył. A on z wysiłkiem podczołgał się pod krzak. Poczekał, aż załatwi swoje potrzeby. Potem zaniósł do domu i położył na posłaniu. Nalał mu do spodka wody. Opróżnił talerzyk z zupy i zmył naczynie.
Poczuł się już trochę znużony, po męczącym dniu. Założył piżamę i położył się do łóżka. Nie miał kłopotu z zaśnięciem. Ułożył się wygodnie i zaraz odleciał. Śniło mu się, że spaceruje z Laurą. Że chodzą w świąteczną noc po miasteczku i patrzą w niebo na rozświetlające je kolorowe pióropusze, sztucznych ogni.

                                                                                                  ***
                   

środa, 16 listopada 2011

13.

Rankiem obudziło go ciche skomlenia psa. To dobry znak. –  pomyślał
Wstał z łóżka i podszedł do obserwującego go zwierzęcia.
                    – Hejże, a kto to piska? Chyba już ci lepiej, co? Chcesz pić? – schylił się i podał mu naczynie z wodą.
Pies, podniósł z wysiłkiem głowę i zaczął lizać po kropelce wodę z naczynia. Widać było że się męczy, ale chłeptał pomału, aż wypił wszystko.
                    – Będziesz żyć mój biedaku. A może coś zjesz? Co ci tu dać? – Popatrzył, na psa. Wstał i mrucząc zakrzątnął się po pokoju.  
                    – Hm… Kości ci nie dam. Nie będziesz miał siły pogryźć. Nie mam nic takiego, co mógłbym ci dać. Albo za słone, albo twarde. Chyba ci ugotuję zupki ma mięsie i ryżu.
Ubrał się. Rozpalił w piecu i wstawił wodę. Znalazł w spiżarni kawałek mięsa i ryż w torebce. Zabrał się do gotowania. Nie zapomniał też o kawie dla siebie, bo ziewał jak mops. Spojrzał w okno, zapowiadał się śliczny dzień. Słońce było już dosyć wysoko i robiło się ciepło. Po wczorajszej mżawce nie było znaku. No, może tylko ta mgiełka utrzymująca się jeszcze czasem w cieniu.  
Ogarnął trochę łóżko. Zalał kawę. Psia zupka pochlopka bulgotała w garnku. Usiadł przy stole, oparł na nim ręce i patrzył na psa. Chociaż był jeszcze słaby, to oczyma wodził za nim. Oddychał też już swobodniej.
– Miał szczęście, że nie wplątała mu się jakaś infekcja. Wyliże się. – pomyślał.

Zrobił plan dnia. Po ugotowaniu jedzenia, pójdzie się obrządzić. Potem przejrzy skóry i przygotuje je do sprzedaży. Być może, za tydzień pojedzie do miasta i sprzeda je na skupie. Zrezygnuje z tego traperstwa, to już nie na jego nerwy. Po co mu te wyrzuty sumienia? Potem obiad, a po nim, dokończy rąbać i ułoży drewno w stos, by nie zamokło. A pod wieczór usiądzie na ganku, zrobi sobie kawę i zapali skręta.  

                                                                                                  ***

wtorek, 15 listopada 2011

12.

Było jeszcze widno gdy wrócił. Wprowadził konia do stajni. Obrządził się. Zamknął wszystko na skobel i wszedł do domu. Pies nawet się nie poruszył gdy przeszedł koło niego. Jedynie jego płytki oddech świadczył że żyje. Kucnął przy nim i pogłaskał. Ze szmatki wycisną mu na pysk kilka kropel wody. Pies się oblizał i na krótko otworzył oczy. Będzie żył. – Pomyślał.
 Wyprostował się. Rozpalił w piecu. Wstawił wodę i zabrał się za przyrządzenie sobie posiłku. Na patelnię wkroił kilka plastrów bekonu i usmażył jajka. Potem, zaparzył kawę i zakąsił wszystko dżemem na kromce chleba.
Ziewnął. Wyciągnął się i wstał od stołu. Spojrzał przez okno. Szarzało. Otworzył drzwi i wyszedł na taras. Do jego uszu dotarł szelest siąpiącej mżawki. Z okapu, spadały, kształtujące się na dachu, krople wody, a od strony lasu słychać było szept deszczu. Drobne na początku krople nabierały masy i staczały się po gałęziach coraz niżej i niżej. Nie było już ciepło. Mżawka powodowała że nieprzyjemny chłód otoczył wszystko dookoła. W chatce jednak było sucho i panowało przyjemne ciepło. Wrócił do środka. Usiadł przy piecu. Skręcił i zapalił papierosa.

Spojrzał na leżącego w kącie psa. Zastanawiał się jak tu trafił? Osiedla ludzkie znajdowały się stąd w znacznej odległości. Może wyszedł z właścicielem na spacer i się zgubił. Błądził, coraz to bardziej oddalał się od domu aż wpadł w Jacka sidła.
Strzepnął popiół do popielnika. Poczuł jakąś więź z tym psem. Strasznie mu było przykro, że to on przyczynił się do cierpienia zwierzęcia. Postanowił że jeżeli pies przeżyje, zrobi wszystko by mu to wynagrodzić. 
Robiło się już późno. W balii przyniesionej z tarasu, zrobił sobie kąpiel. Rozebrał i zanurzył w gorącej wodzie. To była miła chwila relaksu, po niezbyt przyjemnym dniu.
Po kąpieli, uprał w wannie brudne rzeczy i rozwiesił pod dachem na tarasie. Gdy wrócił, nalał szklaneczkę nalewki. Pił powoli w zamyśleniu patrząc w mrok za oknem. Gdy wypił. Odstawił szklankę na stole i zgasił lampę. Położył się na łóżku i przykrył skórzaną derką. Leżąc na plecach usypiał, obserwując na suficie, migające duszki z rzucającego cienie żarzącego się drewna w popielniku.


                                                                                                  ***
11.

Nie bardzo wiedział, co ma teraz zrobić. Nie mógł już mu pomóc. Trzeba było czekać i być dobrej myśli. Wyszedł na dwór rozsiodłać konia. Uwiązał go na trawie i jakoś nie miał ochoty na nic więcej. Miał w oczach sidła i psa. Swoje sidła. Wiele zwierząt złapał we wnyki, ale ten widok zrobił na nim wyjątkowe wrażenie. Skłonił do zastanowienia.
Nie musiał przecież zastawiać sideł. Miał na koncie w banku, przecież pokaźną sumkę, ze sprzedaży farmy i ziemi. Wiedział że złapane w jego wnyki zwierzęta cierpią, ale godził się z tym. Ale teraz, gdy w jego wnyki wpadł pies. Coś go ruszyło, pojawiły się wyrzuty sumienia. Wyobraził sobie jego cierpienia i przy okazji pozostałych zwierząt które złapał. Poczuł się podle. Chciał o tym zapomnieć, chodził z kąta w kąt, ale to mu nie dawało spokoju.      
Przecież w sumie, postępował tak, jak ten zboczeniec co zamordował jego żonę i córkę... Coś w nim pękło. Wyszedł na taras, bezwiednie sięgnął po sakiewkę z tytoniem, skręcił papierosa i zapalił. Oparł się o barierkę i popatrzył pustym wzrokiem w dal. Stał tak zamyślony. Oprzytomniał gdy papieros zaczął parzyć mu palce.

Wiedział już co zrobi. Wyszedł z domu, osiodłał ponownie konia i szybko ruszył w kierunku zastawianych sideł. Gdy zajechał, po kolei, usuwał i niszczył wszystkie pułapki i wnyki. W jednej z nich była młoda łasiczka. Bez namysłu wypuścił ją na wolność. Kilkoma kopnięciami buta rozwalił drewnianą pułapkę. Zniszczył i zakopał wszystkie. Tylko kilka zwojów drutu i metalowych mechanizmów, co mogły by mu przydać się w domu wziął ze sobą.
                    Rozglądnął się dookoła. Chyba mu ulżyło i był usatysfakcjonowany, bo uśmiechnął z zadowoleniem. Mógł wsiąść już na konia i wrócić do domu.

                                                                                                 
***

niedziela, 13 listopada 2011

10.
Joanna zrobiła na nim duże wrażenie. Całe to spotkanie trwające zaledwie godzinę, dało mu dużo do myślenia. Bardzo miła ale i zagadkowa postać. – Pomyślał. 
Po chwili wsiadł na konia i odjechał.
Zadumany, ruszył bez pośpiechu przed siebie. Wrócił na polanę i powoli zjechał w dół czarującego zagajnika w którym widział ostatnio, ślady zrytego leśnego poszycia. Rosło tam kilka dębów, a spadające z niego jesienią żołędzie, zwabiały w to miejsce dziki. Mając szczęścia można było tu spotkać nawet lochę z warchlakami.  
Nie chodziło mu o polowanie. Miał przecież jeszcze w spiżarni sporo wędzonego mięsa na posiłki. Chciał je po prostu, podglądnąć. Zawsze jest to spotkanie, wydzielające w jego trzewiach adrenalinę. Nigdy nie wiadomo co się wydarzy.

Gdy ma się pod wiatr samicę z warchlakami, można przez długi czas podglądać, jak wyoruje nosem z ziemi i podsuwa warchlakom smakowite żołędzie czy inne części roślin. Jak chrząkaniem daje znać, by podążały za nią, a w chwili zagrożenia, staje w ich obronie. Bywa że nie tylko prycha i miarkuje atak, ale i zaatakuje. Wtedy trzeba szybko brać nogi za pas i włazić na drzewo. Na szczęście tylko słyszał o takich zdarzeniach. Sam nie miał nigdy takiego doświadczenia. Raz tylko, by wystraszyć wielkiego odyńca, musiał użyć broni i wystrzelić w powietrze. To pohamowało trochę zapędy zwierzęcia, i miał czas oddalić się na bezpieczną odległość. Teraz jednak, oprócz starych śladów rycia, nie zauważył nic godnego uwagi.
  
Ruszył więc, zataczając szeroki łuk do swojego rewiru. Gdy był już niedaleko, usłyszał ciche skomlenie. Przyśpieszył, bo czasem znajdywał we wnykach nadjedzone już szczątki zwierząt, a chciałby tego uniknąć. Podjechał i zobaczył w sidłach uwięzionego psa. To był młodzian, kremowy labrador. Tak na oko nie miał jeszcze roku.
Wpadł w sidła tak nieszczęśliwie że cały zad miał zakrwawiony. Musiał strasznie się szamotać i zmagać z drutami. Nie wyglądał dobrze, leżał wycieńczony i pogodzony z losem. Gdy zobaczył Jacka, podniósł łeb, spojrzał mu w oczy błagalnie i zaskomlał. Nie mógł długo być sam. Nie był wychudzony. Sierść jego nie była zmierzwiona i brudna.   
Widać było że nie był dziki. Był udomowiony. Pewnie uciekł komuś, lub się zgubił, a teraz wałęsa się sam po lesie, szukając drogi do domu. Może szukał czegoś do zjedzenia by przeżyć? Był jednak w tak opłakanym stanie, że teraz wzbudzał tylko litość.  Biedna psina, pomyślał z sentymentem. Kilku znajomych miało te psy i Jacek je lubił. Były mądre i spokojne. Ale co z nim teraz zrobić? Zachodził w głowę. Niewiele w nim życia.
Miał dwa wyjścia. Pierwsze, to uśpienie psa, które nie wchodziło teraz w grę. Drugie, zabrać go do domu i pielęgnując doprowadzić do zdrowia. Jak się uda to dobrze. Jak nie, to tak mu było sądzone.
Zsiadł z konia i zbliżał się pewnie do psa. Ten jednak uniósł głowę i zawarczał. Widać ruchy Jacka były za raptowne. Trzeba zwolnić i przekonać go że nie chce mu się zrobić krzywdy.
– Ej ty, coś ty taki – powiedział łagodnie. – Ja cię próbuję uwolnić a ty do mnie z taką gadką? Nie bój się, chcę cię oswobodzić z tych drutów. Spokojnie, trochę będzie bolało, ale tak trzeba, nie ma innego wyjścia.
Muszę osłonić mu łeb by mnie nie capnął. Ale czym? – pomyślał – No i przetransportować do domu. Potrzebna mi jakaś płachta. Hm… co robić? Zostawić psa i pojechać do domu po szmatę? A jak się zjawi jakiś drapieżnik? To już na pewno będzie po psie. Przyszło mu do głowy, że ma coś podobnego, chroni konia przed otarciem od siodła. Nie był to najszczęśliwszy pomysł, ale w tej chwili jedyny. Trzeba rozsiodłać konia i wyciągnąć derkę. Podszedł do konia.
– Przepraszam cię stary, trzeba się poświęcić. Muszę zabrać ci tą derkę.
Gdy wrócił do psa próbował zakryć mu łeb. Ale nie było to łatwe. Dopiero po chwili udało się ominąć jego szczęki. Pies, ani trochę nie starał się mu pomóc. Ledwo żywy, a próbował się jeszcze bronić. W końcu się udało. Jacek usiadł na nim okrakiem i sięgnął do tylnej łapy. Nie wyglądało to dobrze.  
                    – Jak żeś w to wlazł – mrukną. –  Zwykle zwierz wsadza jedną kończynę w sidła. A ty prawie wlazłeś cały.
Miał nogi zapętlone i jeszcze mocno zaciśnięte
– Musiałeś się nieźle mordować biedaku, poczekaj, musi jeszcze chwila minąć nim cię uwolnię. Obwinął ci się ten drut z całych sił. – Powiedział przez zaciśnięte z wysiłku szczęki.

Najpierw odkręcił jego nogę, potem poluzował pętlę na zadzie. Pętla zacisnęła się mocno, nie było jak jej podważyć, a nie chciał jeszcze bardziej męczyć psa. Pracował w skupieniu i wreszcie mu się udało. Zwinął drut i zdjął z psa derkę. Usunął się przezornie na bok. Ale pies tylko dyszał i  nawet nie miał siły podnieść łba.
– Teraz by się przydała jakaś duża torba, by cię zawieść do domu. – Powiedział z litością spoglądając na psa.
Ale w tej chwili było to tylko jego pobożnym życzeniem. Zrobił z derki nosidełko i zostawiwszy resztę sideł w spokoju, z wielką trudnością wlazł z psem na konia. Był to trochę komiczny widok. Ale jak już wsiadł, mógł, o dziwo, całkiem swobodnie ruszyć przed siebie. Pojechał najbliższą drogą. Jechał wolno, prosto w kierunku domu.
                    Wydawało mu się że to najdłuższa podróż w jego życiu. Zmęczył się bardzo. Bolały go ręce od trzymania ciężkiego niewygodnego pakunku. Co i raz musiał go poprawiać, a i tak wysuwał mu się z rąk. W końcu dojechał. Delikatnie zsiadł z konia. Wziął na ręce psa i wniósł do domu. Położył przy drzwiach i zaczął się rozglądać za posłaniem dla wycieńczonego i obolałego zwierzaka.
                    Miał w szopie stary siennik, a w stajni koc, którym okrywał konia podczas siarczystych mrozów. Przyniósł je teraz. Ułożył w zgrabne posłanie, niedaleko drzwi wejściowych. Wziął wiaderko z wodą, czystą szmatkę i delikatnie zaczął obmywać psa z zaschniętej krwi. Potem znalazł płaskie naczynie i nalał mu wody. Biedak, nie miał siły by do niego sięgnąć. Więc wilgotną szmatką zwilżył kilkoma kroplami pysk zwierzęcia. Ten oblizał się, uspokoił, zamknął oczy i spokojnie zasnął z wycięczenia. 

                                                                                                  ***

czwartek, 10 listopada 2011

9.

Tym razem od razu pojechał na polanę gdzie po raz pierwszy ujrzał tajemniczą postać ze sztalugami. Ucieszył się, już tu była. Ze zdziwieniem spostrzegł, że była to bardzo atrakcyjna kobieta. Siedziała na składanym zydelku, a koło niej na ziemi leżało drewniane puzderko z farbami. Nie od razu go spostrzegła. Z paletą i pędzlem, ze skupioną miną, przypatrywała się malowanemu płótnu. Trzonek pędzla trzymała w ustach i przekrzywiała przy tym zabawnie głowę.
Jechał w jej kierunku wolno, jakby się skradając. Nie spuszczał z niej wzroku. Ubrana była ciepło, w luźne szaty, kolorem dostosowane do obecnej pory roku. Narzucone były swobodnie, na cebulkę, tworząc oryginalny, niekrępujący strój. Dopiero jak się zbliżył, drgnęła z zaskoczenia i podniosła głowę. Nie przestraszyła się. Spojrzała zdziwiona na przybysza. Ręką odgarnęła długie, falujące kasztanowe włosy i pokazała swoją atrakcyjną twarz. Była delikatną, śliczną kobietą.
Patrzyli na siebie z zaciekawieniem. Jacek, na pewno nie spodziewał się w tej głuszy zastać intrygującej kobiety, ona natomiast, była mile zaskoczona widokiem, szczupłego i zadbanego mężczyzny. Twarz jej nabrała delikatnego rumieńca. Jacek, uśmiechną się i odezwał miłym, ujmującym głosem.
– Witam, mam nadzieję że nie wystraszyłem. Nazywam się  Jacek, mieszkam tu niedaleko…
– Machnął ręką w nieokreślonym kierunku – Widziałem Panią kilka dni temu jak tędy przejeżdżałem. Mieszka tu Pani? Widzę że pani maluje, jest pani malarką?
– Ależ skąd, przyjechałam tutaj do chaty mego kuzyna, odpocząć. Malarką, nie, nie jestem. – Zaśmiała się i kontynuowała. – Malarstwo jest tylko moim hobby i mnie uspokaja. To dopiero moje trzecie płótno. – spojrzała mu w oczy.  
– Jestem Joanna.  A pan… Pan tu też na wakacjach?
                    – Ja…  Nie. Mieszkam tu od lat.  – Mówiąc to swobodnie zeskoczył z konia.
– Przedtem mieszkałem na farmie, ale teraz to nie dla mnie. Są takie momenty gdy człowiek potrzebuje spokoju, wyciszenia. To właśnie jest taki moment. Zbudowałem tu dom i mieszkam.
                    – To czym się pan tu zajmuje? – spytała dziwiąc się.
                    – A no, zastawiam sidła i zajmuję się zbieractwem. Ale, to tak, na własne potrzeby. Muszę się przyznać że tak naprawdę to zbijam bąki. Potrzebowałem dystansu do ludzi, po prostu miałem potrzebę wymknąć się cichaczem na trochę.
                    – Rozumiem… A to jest wspaniałe miejsce do tego. – Zamyśliła się i rozejrzała po polanie. Oczy jej zmętniały. Też potrzebuję odpoczynku. – dodała w myślach – od siebie.  
                    – Maluje pani pejzaże? – spytał patrząc na płótno. – Oddaje pani pięknie kolory jesieni.
                    – Dziękuję panu. – odpowiedziała. – Jest pan bardzo miły.
                    – Ależ nie. To nie jest komplement to szczera prawda. Tak malują artyści. Płótno to robi duże wrażenie. Naprawdę…
– Zaśmiała się. Stwierdzenie to ją rozbawiło i dodało pewności siebie.   
                    – No nie wiem, wiele jeszcze nie potrafię. Miły pan jest, ale jeszcze muszę się sporo nauczyć. Może jak zmarnuję jeszcze kilka płócien…   
– Spojrzała na niego i uśmiechnęła się. Miała czarujący uśmiech ukazujący równe, białe, zęby. Przy okazji jednak twarz lekko się jej wykrzywiła. Kilka nieposłusznych mięśni twarzy, nie zareagowały jak powinny. Widząc że to spostrzegł, zmieszała się i odwróciła głowę. Nie może się przyzwyczaić do ciekawych spojrzeń i pytań dotyczących przyczyny takiego wyglądu. Choć jeszcze nie miała ochoty na powrót, szybko powiedziała.
                    – Muszę już iść. Zrobiło się już późno. Dopóki dojdę do domu, minie trochę czasu. A jeszcze mam coś do zrobienia.                                  – Powiedziała i zaczęła się pakować.  
                    – I ja muszę jechać sprawdzić sidła… – Odpowiedział zdziwiony trochę jej pośpiechem –  Ale jak pani pozwoli, mam jeszcze trochę czasu i pomogę jej zabrać te niewygodne sprzęty do domu…
                    – Jest pan bardzo miły. Nie chciała bym sprawiać kłopotu. Poradzę sobie.
                    – Z przyjemnością pomogę. Nie mam tu często okazji, do robienia dobrych uczynków.
– Uśmiechnął się, wziął sztalugi i krzesełko na ramię, a w drugą rękę wodze konia. Joanna zaś chwyciła płótno, pędzle i pudełko z farbami. Ruszyli w kierunku lasu. Szli powoli, nie śpiesząc się.  Joanna delikatnie utykała, więc spytał:
                    – Zwichnęła pani sobie nogę? – Spytał – A może zdrętwiała, boli?
                    – Nie, to nie zwichnięcie i nie boli. – Odburknęła i przyśpieszyła. Zdała po chwili sprawę że zachowuje się niegrzecznie jednak nie zwolniła. Szli tak milcząc aż do chatki. Przed drzwiami zatrzymała się. Zawahała się na moment, spojrzała mu w oczy i powiedziała.  
                    – Przepraszam, byłam trochę niegrzeczna. Widzisz… Kuleję, bo choruję. To przez to szukam spokoju i dystansu do siebie. Wiele przeszłam, ale nie chcę teraz o tym rozmawiać. Dziękuję za pomoc. Żegnam. – Odwróciła się widocznie zmieszana.
                    – Dowidzenia… – Odpowiedział i dodał zaraz szybko. –  Joanno, poczekaj chwilkę. Spojrzeli sobie w oczy.
– Rozumiem Cię. I ja tu jestem bo borykam się z pewnymi problemami. Nie rozmawiam o nich z nikim. Przepraszam jak coś zrobiłem nie tak… nie chciałem… – Dodał po chwili – Czy jak będę kiedy w pobliżu, będę mógł jaszcze do ciebie wpaść?
– Zawahała się, spojrzała na jego zakłopotaną twarz i powoli odpowiedziała.
                    – Tak, oczywiście zapraszam. – Odwróciła się i weszła do chaty.
***

środa, 9 listopada 2011


8.
          Ranek przywitał go rześko. No cóż, nastała już  jesień. Możliwe więc były przymrozki i takie raptowne zmiany temperatury. Narzucił coś na siebie, i skulony, wyszedł na dwór by przynieść z pobliskiej sterty, drewno do pieca. Wrócił i szybko wzniecił płomień, dający miłe ciepło które szybko rozeszło się po pokoju.  
                    Nie śpiesząc się, przekąsił co nie co, popił kawą i nałożywszy kurtkę wyszedł na ganek. Tam, przypalił skręta i oparł się o barierkę. Słońce wznosiło się coraz wyżej, nagrzewając wszystko dookoła, tak że i kurtka wnet  nie była potrzebna.            
Wyciągną się i ziewną. Taka pogoda dawała mu poczucie bezpieczeństwa i swobody. Mógł zrobić wszystko, co sobie zaplanował. Tyle tylko że, zaplanował sobie dziś, niewiele.
Na początek wyprowadził konia ze stajni. Przywiązał go do długiego łańcucha, aby popasł się jeszcze na soczystej łące i wypuścił kury z kurnika. Potem, przez ponad godzinę rąbał i szykował opał ze świeżo zciągniętych z lasu gałęzi ułożonych za domem. Podobała mu się ta praca, dawała mu sporo satysfakcji. Mógł się wyżyć i udowodnić sobie, że może jeszcze ciężko pracować fizycznie. A tej nie miał tu za dużo. Większość czasu przecież chodził i jeździł konno po lesie.
Poczuwszy pragnienie, wrócił do domu. Umył się z lekka i zmienił spocone ubranie. Było trochę przed południem gdy osiodłał konia, wziął strzelbę i ruszył na objazd sideł.   

                                                                                                                      ***