Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 8 listopada 2011

          Widzę, widzę błędy w pisowni, no i logika jest nie za bardzo. No cóż, jak na pierwsze próby napisania opowiadania to i tak dobrze. Poza tym pamiętajmy, że piszę by poćwiczyć umysł, jeszcze chwilkę pobyć sprawnym. Mam nadzieję że nie jest tak źle, jeszcze trochę i się rozkręcę... ;-D
          Redakcji i korekty tekstu nikt fachowym okiem nie zrobił. więc nie ma się czemu dziwić. Jam tego nie uczony, proszę o troszeczkę tolerancji. ;-D
          Za dzień lub dwa, będzie ciąg dalszy mojej grafomanii... ;-)))  
7.
Zbliżała się chwila codziennego obchodu sideł. Dokończył palić, a peta wystrzelił pstrykając palcami. Uśmiechnął się, znowu udało mu się posłać go daleko. Daleko od ganku, do obrośniętego mchem kamienia.  
Odwrócił się i wszedł do domu. Mechanicznie posprzątał i zmył naczynia . Potem, zadowolony z osiągniętego efektu udał się do stajni osiodłać i wyprowadzić konia. Gdy wrócił, wziął wiszącą na ścianie strzelbę i zamknąwszy na skobel chatę z wprawą i wdziękiem wskoczył na konia. Nie śpiesząc się, ruszył w kierunku pobliskich krzaków ukrywających ścieżkę. Potem wjechał w las. Tym razem wyruszył inną drogą niż wczoraj.
Gdy mijał polankę, gdzie widział tą tajemniczą postać, rozejrzał się dookoła. Nikogo nie było. Spostrzegł tylko wydeptaną trawę na środku polany i mały ślad po ognisku z leciutko tlącym się zalanym wodą żarem. Wilgotna smużka dymu, cienką strużką zstępowała z pagórka, rozpraszając  się w trawach. Widać i dzisiaj spóźnił się o kilka minut.  
– Co się odwlecze to nie uciecze. Wpadnę jutro specjalnie przed południem – Pomyślał. – A jak nikogo nie będzie to podjadę pod dom. Na pewno kogoś zastanę.
                    Spiął konia strzemionami i kłusem ruszył obejrzeć pułapki, miał przeczucie że dziś wpadnie mu kilka skórek. Nie mylił się. Wpadły w sidła lis i jenot, oraz para dorodnych soboli. Sprawnie zdjął z nich skórę, a mięso zakopał pod starą rozłożystą sosną. Przytroczył skóry do siodła i ruszył w powrotną drogę. Do domu wrócił od strony doliny, dróżką od strony lasu. Wiła się ona serpentyną po stromym zboczu, między krzewami i plątaniną przekwitłych wysokich traw. Myślał już by zasiąść w wygodnym fotelu na tarasie z kieliszkiem w ręku. Jednak ta przyjemność musiała trochę poczekać, bo najpierw czekał na niego obrządek.
Nakarmił i napoił konia. Zebrał jajka od kur, sypnął garść ziarna i wyczyścił im poidło wodą. Zaniósł skóry do wiaty i na stole przy drzwiach, rozpiął na przygotowanych prawidłach. Kilka dużych skór z saren i dzika, które już przeschły, ułożył jedna na drugiej na drewnianej palecie, w rogu wiaty. Zdawać by się mogło że skóry śmierdziały, jednak nie. Zasypane solą, wysuszone na ażurowym stole, nie miały prawie żadnego zapachu.

Wrócił do domu i zapalił lampę. Mógł już się umyć i rozpalić w piecu. Skubnął co nieco z resztek zostawionego obiadu i nalał sobie szklaneczkę nalewki jeżynowej. Mógł już spokojnie usiąść w swoim ulubionym fotelu na ganku i podziwiać krajobraz w bladych już promieniach słońca. Po prawej stronie, przy lesie, widniał złoty sierp księżyca. Wszystko powoli zaczęło znikać w mroku. Po pewnym czasie, widoczne już były tylko kontury kształtów. Ukazywały one świat w tajemniczej i magicznej  księżycowej poświacie. W dolinach zaczęły się pojawiać wątłe z początku mgiełki. Które łącząc się, zaczęły tworzyć w nierównościach terenu iluzoryczny obraz falujących i przesuwających po równinie powierzchni, do złudzenia przypominające srebrne wody uśpionego jeziora.
Spojrzał w górę. Nad nim, rozbłyskały coraz mocniejszym blaskiem iskierki migających gwiazd. Tworzyły one, na firmamencie bezkresnego, granatowego nieba, kształty różnych konstelacji.  
W oddali słychać było delikatne rechotanie i ledwo słyszalne, napływające falami, kumkanie żab. Od czasu do czasu przerywały ten koncert, piskliwe głosy młodych sów nawołujących się w lesie.  
Zauważył, że komary, w tym roku nawet za mocno nie przeszkadzają. Z rzadka było słychać ich bzykanie, a i gryzły niezwykle rzadko.  
                                                                                             ***  

poniedziałek, 7 listopada 2011

6.
Zdjął z haka upolowane ptactwo i na tarasie sparzył gorącą wodą. Zaczął je skubać i oprawiać. Z jednej kaczki postanowił zrobić rosół z kluskami, drugą zaplanował upiec. Gdy się z tym uporał, przygotował deser z żurawin i piure z ziemniaków i rzepy. Potem, ogarnął trochę w mieszkaniu.
Wyrobił się ze wszystkim do wczesnego popołudnia. Nie jadł śniadania, więc wszędobylskie zapachy sprawiły, iż był już naprawdę głodny. Szybko wyłożył wszystko do świątecznej zastawy i ustawił na zaścielonym obrusem stole. Do nich dodał nalewkę z borówek i mały wazon z polnymi kwiatami. Rozpoczął samotny, świąteczny obiad. Jadł z apetytem, popijając co i rusz nalewkę z małej kryształowej szklaneczki.
Wspominał minione chwile. I niby był pogodzony z losem, to jednak tragedia ta tkwiła mocno w jego sercu. Twierdził że to nie sprawiedliwe, co spotkało jego najbliższych. Tyle kochających się ludzi żyje ze sobą aż do śmierci, a tu tyle radości przekreślone w jednej chwili. Dlaczego oni… Dlaczego mnie to spotkało? Tak… – westchnął w końcu – Choćby dla zachowania tych wspomnień trzeba żyć dalej.   
Skończył jeść posiłek i wyszedł na taras. Skręcił sobie papierosa i zapalił. Stanął opierając się o barierkę i spojrzał na skąpaną w słońcu  dolinę. Wszystkie kolory stawały się teraz bardzo intensywne. Wyraźnie było widać wielkie połacie traw, w całej palecie ich rdzawych barw. Czerwone krzewy, żółte brzozy i wijąca się między nimi jak wąż, turkusowa wstęga rzeki.
Zaciągnął się głęboko. Nad łąką latały ptaki, czujnie wypatrujące na niebie drapieżników. Z trawy wystawały od czasu do czasu uszy kicających zajęcy. A nad tym wszystkim, pośrodku doliny, czuwał dumny ze swego wspaniałego poroża jeleń, który przybył tu z całą swoją rodziną.

                                                                                                  ***

niedziela, 6 listopada 2011

5.
Od rana krzątał się już w kuchni przygotowując odświętny posiłek. W kalendarzu nie była to żadna zaznaczona na czerwono data. Była to rocznica poznania się na festynie, z jego przyszłą żoną Laurą. Tradycyjne, jak to ustalili przed laty, rodzinne ich święto.   
Był młodym mężczyzną, gdy na jednej z zabaw w jego rodzinnej miejscowości, spostrzegł nieznaną dziewczynę. Zaszła z kuzynami posłuchać muzyki i się zabawić. Jak się później dowiedział, zamieszkała z nimi, po śmierci swoich rodziców. Oboje zginęli w wypadku kolejowym. Przez czas do uregulowania spraw spadkowych, była u swojej ciotki w mieście. Teraz zamieszkała z rodziną stryja w pobliskiej miejscowości.  Znali się i często odwiedzali, więc przygarnęli ją jak córkę.  
Zaprosił ją kilka razy do tańca, a po chwili, poczuł, że coś między nimi zaiskrzyło. Pod koniec zabawy, nie mógł się z nią rozstać, a potem myślał już o niej cały czas. Laura wyznała, po kilku miesiącach znajomości, że z wzajemnością. Na początku chodzili na zabawy i do kina. Potem doszły wizyty w ich domach i randki. Byli razem we wszystkie święta i uroczystości rodzinne. Właśnie  podczas jednej z takich uroczystości, Jacek się jej oświadczył. Wręczył Laurze pierścionek z małym brylancikiem, na który sam zapracował i wielki bukiet białych róż. Prośba do stryja o jej rękę była krótka ale za to tak piękna i romantyczna, że goście i jego rodzice, wzruszyli się do łez.  
Upłynęło sporo czasu zanim się pobrali. Jacek postanowił, że pobiorą się, jak kupi dom. Miał trochę oszczędności i dobrze płatną pracę cieśli w firmie krewniaka. Pracował tam przez trzy lata, gdy trafiła się okazyjna oferta kupna farmy leżącej nieopodal. Należała do starszej kobiety, która nie miała już sił na niej pracować. Odnowił budynki i pospłacał jej kredyty. Ona sama wyjechała zaraz do swoich krewnych.  
Gdy był już na swoim, uznał że może pozwolić sobie na ślub. Mieli wtedy po dwadzieścia cztery lata i patrzyli z optymizmem w przyszłość.  Uroczystość zaślubin odbyła się w ich małym parafialnym, kościółku, którego wnętrze z tej okazji, było ozdobione kwiatami i girlandami z różnokolorowych wstążek. Było kameralnie i nastrojowo. Przy ołtarzu stały cztery białe krzesła, a na podłodze od wejścia, zdobił kościół bordowy chodnik. Brzegi ławek przybrane były stroikami z białych lilii. Z prawej strony ołtarza, przysłonięty przez piszczałki i registry, siedział organista.
Jak na wiejskiego grajka, grał ślicznie. W jego muzyce nie sposób było doszukać się fałszywej nuty. Kładł palce na klawiszach delikatnie i z uczuciem. Grał, gdy stryj,   prowadził Laurę do ołtarza, w czasie komunii, na zakończenie całej ceremonii i podczas składania życzeń.
Ksiądz, stojąc za dębowym, nakrytym białą koronką stołem, celebrował uroczystą mszę ślubną, wspomagany przez dwóch ministrantów. Na zakończenie, wygłosił bardzo wzruszające kazanie, oraz złożył życzenia, w imieniu swoim i zmarłych rodziców panny młodej. W taki to sposób, w rześki, pogodny, czerwcowy dzień, zostali mężem i żoną.

Po ślubie, zdobnymi, konnymi zaprzęgami. Młodzi z gośćmi weselnymi, udali się do oddalonego o pięć kilometrów, domu weselnego. Do nowego domu młodych. To tam odbyło się przyjęcie z tańcami i suto zastawionymi stołami. Orkiestra z klubu „Maryland”, świetnie prowadziła całą uroczystość. Zabawa trwała prawie do samego rana, aż wszyscy goście rozjechali się do domów, zostawiając młodych samych. Noc, a raczej ranek poślubny, młodzi spędzili w przepięknym, sprezentowanym przez stryja Laury, szerokim łożu z baldachimem. W takim to właśnie, niezwykle romantycznym otoczeniu, po raz pierwszy się sobie oddali.                                  Nazajutrz leniuchowali do południa, ściągnięci z łóżka przez rodziców i kilkunastu krewnych, którzy przyjechali pomóc posprzątać weselny bałagan i obrządzić się im w gospodarstwie. W oka mgnieniu wszystko było gotowe. A potem, wszyscy zasiedli do stołu, by w wesołej atmosferze poprawin, przy słodkim alkoholu i zakąskach, oplotkować cale zajście.
Bawiono się świetnie. Co i raz wybuchały salwy śmiechu. Były toasty i śpiewy.  Koło północy wszyscy wrócili do siebie, a młodzi po romantycznej wspólnej kąpieli, powrócili do harców w pościeli.
To wtedy postanowili, że co roku, w rocznicę ich poznania, będą przyrządzać świąteczny obiad. I choćby nie wiadomo co, cieszyć się, że los szczęśliwie ich ze sobą zetknął.

                                                                                                 
***

piątek, 4 listopada 2011

4.

Gdy wrócił już zmierzchało. Z miejsca zajął się obrządkiem. Zaprowadził konia do stajni i dał mu jeść. Sypnął ziarno kurom i zebrał z jaja gniazd. Skórę zaniósł do wiaty i rozpiął ją do suszenia na trójkącie z patyków. Wszedł do domu i po chwili był już w pogrążonym w mroku pokoju. Jajka położył na stole, zapalił lampę i rozniecił ogień w piecu.
Trzeba ogrzać trochę to wychłodzone wnętrze i zrobić coś na kolację. Kaczki wywiesił na  ganku. Nie chciało mu się teraz ich  skubać. – Niech sobie kruszeją do rana, nic im nie będzie – Pomyślał.
Mrucząc jakąś melodię pod nosem, zajął się przyrządzeniem posiłku. Zrobił mu się zapas jajek, więc usmażył kilka na wędzonym bekonie z upolowanego niedawno dzika i ukroił kilka pajd chleba. A że nie było tego za wiele, podgrzał więc do tego zupę z puszki.

Raz w tygodniu piekł sobie żytnio-pszenny chleb z nasionami amarantusa. Przy rzece rósł tatarak, więc na jego liściach układał i piekł, urośnięte, pachnące zakwasem ciasto. Na bochenku, stawiał tradycyjnie, znak krzyża. A że piec miał nie duży, więc i w piekarniku mieścił się tylko jeden bochenek. Zaczyn do chleba, zawsze zostawiał na następny raz. Miał na niego specjalne miejsce w ciemnej i chłodnej spiżarce. Stał obok słoików i butelek z przetworami z leśnych  owoców.
Lubił zbierać i robić przetwory z tych jagód. Gotował zwykle z nich trochę dżemu, a z reszty, w dużych szklanych, jak to mawiał, balonach, robił wino. Butelki mniejsze, przeznaczone były tylko do nalewek. Nauczył się ją robić od swojej babci, a udoskonaliła te przepisy żona. Gdy miał produkty, sam pędził do nich, cukrową mocną księżycówkę. Dziś do posiłku wziął z półki żurawinówkę. Zasiadłszy do stołu, zajadał się spóźnioną kolacją, zapijając suto, aromatycznym alkoholem.  Po kolacji usiadł wygodnie, wyjął tytoń, skręcił papierosa i zapalił. Zaciągnął się mrużąc oczy. Miał dziś udany dzień.
W głowie zaczęły się budzić zasłyszane niegdyś melodie. Wyjął z kredensu starą ustną harmonikę i zaczął na niej cicho przygrywać. A że wypił do kolacji kilka szklaneczek nalewki, grał coraz  głośniej i śmielej. Wychodziły mu całkiem zgrabne kawałki. Chochliki pojawiły mu się w oczach, a noga sama zaczęła wybijać rytm do melodii. Cienie z lampy zaczęły mu wtórować, a ciepło z pieca w połączeniu z alkoholem zachęcało do zabawy. Grał tak z dobrą godzinę, gdy poczuł senność. Odłożył wszystko na miejsce, zgasił lampę i nie myjąc się wślizgnął się pod kołdrę.

                                                                                                                      *** 

środa, 2 listopada 2011

3.
          Wjechał na polanę. Koń szedł noga za nogą, a on rozglądał się na boki. Spostrzegł na skraju lasu postać ze sztalugami, która zaraz znikła w cieniu drzew. Szła pewnie tą zarośniętą ścieżką, do oddalonej o kilkadziesiąt metrów, traperskiej chatki, wynajmowanej czasem letnikom, miłującym samotność  i spokój.  
Był zaskoczony. Nie spodziewał się teraz zastać tu nikogo. Sezon wyjazdów urlopowych już dawno minął. Postanowił że niedługo znowu wpadnie na polanę i zobaczy kto i co tutaj robi. Często teraz mży, liście opadają i nie jest już tak ciepło jak kilkanaście dni temu. Przyszła kolorowa jesień i pora pajęczych sieci uczepionych wysokich traw i krzewów. Ujmuje ona teraz swą orgią barw i malującym się we mgle i łagodnym jesiennym słońcu krajobrazem.
– Niedługo przyjdzie plucha, potem chłód i śnieg. Któż by to mógł być? – Zamyślił się. Odwrócił wzrok od ścieżki i skierował się w kierunku mokradeł. Najwyższy czas na polowanie. Miał do przejechania jeszcze kilka ładnych mil. O tej porze kaczki stawały się mniej ostrożne. Trzeba to wykorzystać.

Dojazd na miejsce zajął mu jakiejś pół godziny. Zsiadł z konia, wziął strzelbę i puścił go luzem na soczystą trawę.  Szedł ostrożnie przez kilkanaście minut. Nagle, spod jego nóg wyskoczyło stadko kuropatw i wzniosło się ociężale ku górze. Chwycił za broń. Wiedział że jeśli w pobliskich mokradłach są kaczki, zaraz powinny wystartować ze swoim świszczącym łopotem w niebo. Nie mylił się. Wzniosła się para. Wycelował i huknęły dwa strzały. Miał szczęście. Na jutro miał już rosół i pieczeń z wodnych ptaków.
Z uwagą obserwował gdzie spadną. Szczęśliwie spadły w suchym miejscu, mokradeł. Znalazł je bez trudu. Wrócił do konia i przywiązał je niedbale do siodła. Teraz już mógł spokojnie wracać do domu. Wskoczył na grzbiet wierzchowca i zadowolony ruszył w drogę powrotną.
                                                                                                                     
***

wtorek, 1 listopada 2011


           2. 
               Czas od świtu minął mu błyskawicznie, a na dziś zaplanowane miał przecież polowanie. Ma pojechać nad rozlewisko przy czterech dębach i po drodze sprawdzić sidła. Jutro rocznica pierwszej randki z jego żoną i by to uczcić musi przecież tradycyjnie zapolować na kaczki. Osiodłał konia, przytroczył do niego długą myśliwską strzelbę. Zaryglował drzwi wejściowe i wyruszył w drogę.   
Najpierw przejechał stępem przez ścieżkę w pobliskich krzakach. Potem gdy krzewy się przerzedziły, przeszedł w kłus i galop. Lubił taką jazdę. Czuł wtedy wiatr we włosach, a w nozdrzach zapach wolności. Końska grzywa falowała mu przed oczyma, a sam z pasją w oczach, gnał jak szalony przez leśny tunel. Zapominał się i oddawał pędowi. W uszach miał tylko tętent końskich kopyt na piaszczystej drodze.  
 W końcu zwolnił. Powoli i w ciszy dotarł na miejsce gdzie zastawiał pułapki i wnyki. Tu okazało się że nie miał dziś wielkiego szczęścia. We wnyki złapał się tylko jeden jenot. Jacek był trochę zawiedzony i wykrzywił wargi.
– Tylko jedna skórka – mruknął – No, ale, dobre i to. – Powiesił futrzaka na gałęzi i z wprawą obdarł go ze skóry. Rozczłonkował mięso, którego część rozwiesił przy pułapkach jako przynętę, a resztę zakopał, przy pomocy saperki schowanej w pobliskim wykrocie.  Skórę włożył do skórzanej torby przy siodle. Przeszedł się jeszcze chwilę, ścieżkami, wydeptanymi przez zwierzęta i wrócił do pasącego się konia. Wahał, którą drogę wybrać. Stąd było ich kilka. W końcu wybrał  nieco górzysty dukt prowadzący przez las. Była tam urocza polana z malowniczym widokiem na dolinę.
***