132. Ostatnie słowa kończące moją biografię...
Posłowie.
Pisząc te kilka słów o sobie, miałem kilka celów. Jednym była pamiątka dzieciom. Drugim był cel rehabilitacyjny.
O ile ćwiczenie pamięci przyniosło zamierzony skutek, to styl tej swoistej biografii, pozostawia wiele do życzenia. Pisana była przez kilkanaście miesięcy. Więc nie jest do końca spójna, posiada wiele braków, z którymi nie potrafię sam sobie poradzić. Poza tym to jest moja pierwsza tak długa pisemna praca i nie jestem z niej do końca zadowolony. Pisanie mojej biografii uważam za bardzo duże wyzwanie, i chyba jednak ponad moje siły.
Jednakże zdecydowałem się ją wydrukować, gdyż ma ona wiele innych wartości. Historia rodziny, moje wspomnienia i odczucia. A przede wszystkim prośba o wybaczenie tego wszystkiego co się ze mną działo podczas mojej choroby i depresji. Nad niektórymi sprawami tak jak i teraz, nie miałem kontroli. Żałuję wielu rzeczy, popełniłem wiele błędów. Tą pracą chciałbym za nie przeprosić.
Janusz.
Łączna liczba wyświetleń
piątek, 10 października 2014
środa, 8 października 2014
131. Jeszcze mogę o pogodzie coś wkleić... Nie zapomniałem co było i nie podniecam się anomaliami w pogodzie, bo je wszystkie przeżywałem... Myślę że to zasługa mediów, że rozdmuchują na cały świat to, co było kiedyś lokalne...
(...) Pogoda wówczas była, podobna do tej dzisiejszej. Zapamiętał straszną, czarną chmurę huraganu, co zwiała im dach z pieczarkarni. Kilkukrotne oberwanie chmury, kiedy woda ciekła zewsząd strumieniami i zalała nawet kopalnię gliny z koparką. A raz była taka wichura, że u sąsiadów powyrywało z korzeniami wielkie stare drzewa.
U ciotki Marysi, w Dojlidach, po przejściu trąby powietrznej trzeba było remontować dom. Słupy wysokiego napięcia wicher giął tak, jak nieznośne dziecko zabawki. Burze były często takie, że grzmot następował po grzmocie. Bardzo często piorun uderzał w komin lub wyrobownię w cegielni, która stała niedaleko od domu. Raz podczas stawiania werandy, burza była rano, po południu i wieczorem. Było wtedy upalnie i parno. A u dziadków podczas żniw, pamięta taki upał, że godzinami z braćmi ciotecznymi nie wychodził z rzeki.
Ale także i zimy były wtedy mroźne i śnieżne. Takie, że trudno z rana było wyjść z domu, bo śnieg leżał powyżej klamki. Drogę odśnieżały spychacze, wielkie Stalince. Potem pługi wirnikowe, które pozostawały za sobą głębokie kaniony ze śniegu. Było czasem tak zimno, że trzeba było twarz obwiązywać szalikiem, bo można było sobie nos odmrozić. Często zamykano szkoły na wiele dni. (...)
(...) Pogoda wówczas była, podobna do tej dzisiejszej. Zapamiętał straszną, czarną chmurę huraganu, co zwiała im dach z pieczarkarni. Kilkukrotne oberwanie chmury, kiedy woda ciekła zewsząd strumieniami i zalała nawet kopalnię gliny z koparką. A raz była taka wichura, że u sąsiadów powyrywało z korzeniami wielkie stare drzewa.
U ciotki Marysi, w Dojlidach, po przejściu trąby powietrznej trzeba było remontować dom. Słupy wysokiego napięcia wicher giął tak, jak nieznośne dziecko zabawki. Burze były często takie, że grzmot następował po grzmocie. Bardzo często piorun uderzał w komin lub wyrobownię w cegielni, która stała niedaleko od domu. Raz podczas stawiania werandy, burza była rano, po południu i wieczorem. Było wtedy upalnie i parno. A u dziadków podczas żniw, pamięta taki upał, że godzinami z braćmi ciotecznymi nie wychodził z rzeki.
Ale także i zimy były wtedy mroźne i śnieżne. Takie, że trudno z rana było wyjść z domu, bo śnieg leżał powyżej klamki. Drogę odśnieżały spychacze, wielkie Stalince. Potem pługi wirnikowe, które pozostawały za sobą głębokie kaniony ze śniegu. Było czasem tak zimno, że trzeba było twarz obwiązywać szalikiem, bo można było sobie nos odmrozić. Często zamykano szkoły na wiele dni. (...)
sobota, 4 października 2014
130. Jeszcze jeden urywek z kroniki... A co... ;-)
(...)W internacie zakwaterowano go, dano pościel, pokazano stołówkę, pomieszczenia administracyjne, łazienkę.
Potem wrócili z powrotem do ciotki, gdzie gościli aż do wyjazdu rodziców, wtedy to, z mieszanymi uczuciami, udał się na pierwszy nocleg do internatu.
Nazajutrz była inauguracja roku szkolnego. Miała ona miejsce na dworze, przed salą gimnastyczną. Najpierw chyba coś dyrektor zagaił, potem minister z radia. Następnie wszyscy rozeszli się do sal, które ktoś im wskazał na apelu.
Sala nr 7. Pierwsze spotkanie jego klasy i wychowawczyni, przez kolejne pięć lat, Alicją I. Właśnie, gdy wszyscy, a było ich prawie czterdziestu, rozglądając się wokoło, siedzieli grzecznie w ławkach, wparowała, niewysoka kobieta, i swoim męskim, basowym głosem, zaczęła od lekcji wychowawczej, czyli, wspomnianego tuż tematu numer jeden - jabłek Bogdanowej.
Zaskoczyła ich swoim głosem, zaskoczyła srogością, zdecydowaniem.
Dopiero po reprymendzie dla Pawełka, Mirka i Wacka, wszyscy odważyli się spojrzeć po sobie, w jakie to towarzystwo się wpadło, z kim będą się uczyć przez 5 lat. Nie wiem jak inni, ale Janusz odniósł dosyć sympatyczne wrażenie. Dziewczyny ładne i wesołe, chłopcy też wyglądali spoko. Wszyscy zaczynali ten sam etap w życiu, więc wyczuwało się w powietrzu niepewność i tremę.
Już wtedy zwrócił uwagę na wesołą, pełną wigoru dziewczynę o dźwięcznym głosie. Później najczęściej siedziała na lekcjach ławkę przed nim. Spodobał mu się, jej charakter, błysk szaleństwa w oku i zgrabna sylwetka. Szybko ją polubił, a po krótkim czasie pokochał. Miłość w nim cały czas narastała, by po kilku miesiącach, Marysia już na stałe zagościła w jego myślach.
Cały czas starał się być obok niej, patrząc na nią cielęcym wzrokiem, aż wszyscy zauważyli, że Janusz się zakochał. Byli parą, nie parą, wydawało się, że uczucie wygasa, narasta i faluje jak ocean. Ale to pozory, uczucie to już nigdy w nim nie wygasło, i trwa u Janusza po dziś dzień. (...)
...Przeżyliśmy wspólnie w małżeńskim stadle ponad 31 lat...
(...)W internacie zakwaterowano go, dano pościel, pokazano stołówkę, pomieszczenia administracyjne, łazienkę.
Potem wrócili z powrotem do ciotki, gdzie gościli aż do wyjazdu rodziców, wtedy to, z mieszanymi uczuciami, udał się na pierwszy nocleg do internatu.
Nazajutrz była inauguracja roku szkolnego. Miała ona miejsce na dworze, przed salą gimnastyczną. Najpierw chyba coś dyrektor zagaił, potem minister z radia. Następnie wszyscy rozeszli się do sal, które ktoś im wskazał na apelu.
Sala nr 7. Pierwsze spotkanie jego klasy i wychowawczyni, przez kolejne pięć lat, Alicją I. Właśnie, gdy wszyscy, a było ich prawie czterdziestu, rozglądając się wokoło, siedzieli grzecznie w ławkach, wparowała, niewysoka kobieta, i swoim męskim, basowym głosem, zaczęła od lekcji wychowawczej, czyli, wspomnianego tuż tematu numer jeden - jabłek Bogdanowej.
Zaskoczyła ich swoim głosem, zaskoczyła srogością, zdecydowaniem.
Dopiero po reprymendzie dla Pawełka, Mirka i Wacka, wszyscy odważyli się spojrzeć po sobie, w jakie to towarzystwo się wpadło, z kim będą się uczyć przez 5 lat. Nie wiem jak inni, ale Janusz odniósł dosyć sympatyczne wrażenie. Dziewczyny ładne i wesołe, chłopcy też wyglądali spoko. Wszyscy zaczynali ten sam etap w życiu, więc wyczuwało się w powietrzu niepewność i tremę.
Już wtedy zwrócił uwagę na wesołą, pełną wigoru dziewczynę o dźwięcznym głosie. Później najczęściej siedziała na lekcjach ławkę przed nim. Spodobał mu się, jej charakter, błysk szaleństwa w oku i zgrabna sylwetka. Szybko ją polubił, a po krótkim czasie pokochał. Miłość w nim cały czas narastała, by po kilku miesiącach, Marysia już na stałe zagościła w jego myślach.
Cały czas starał się być obok niej, patrząc na nią cielęcym wzrokiem, aż wszyscy zauważyli, że Janusz się zakochał. Byli parą, nie parą, wydawało się, że uczucie wygasa, narasta i faluje jak ocean. Ale to pozory, uczucie to już nigdy w nim nie wygasło, i trwa u Janusza po dziś dzień. (...)
...Przeżyliśmy wspólnie w małżeńskim stadle ponad 31 lat...
piątek, 3 października 2014
129. Ta kronika jest zatytułowana:
Kochanej Marysi - mojej wiernej towarzyszce
w wędrówce po ścieżkach życia…
Wrzesień - 2008
Ostatnią wspólną przygodę wakacyjną przeżyli w pierwsze wakacje, gdy Janusz uczył się już w Suwałkach. Wyjechali z domu właśnie do Suwałk. W autobusie do Białegostoku wpadła im w ręce gazeta, gdzie pisano o rozpoczynającym się Jarmarku Dominikańskim w Gdańsku. Wtedy to było coś.
Impreza na cały kraj…
No i wsiedli do pociągu, ale nie do Suwałk, tylko do Gdańska.
Długo jechali, pociągiem osobowym, bardzo długo, kilkanaście godzin. Byli w takim wieku, że nie bardzo im ufano. Wtedy młodzież podróżującą samotnie pociągiem zwano niebieskimi ptakami. Patrzono na nich prawie jak na chuliganów. Gdyby teraz dzieciom o tym powiedzieć, nie uwierzyliby, że to mogły być takie dziwne czasy.
Teraz, gdy cały świat stoi otworem... I panuje wolność.
Kochanej Marysi - mojej wiernej towarzyszce
w wędrówce po ścieżkach życia…
Wrzesień - 2008
Ostatnią wspólną przygodę wakacyjną przeżyli w pierwsze wakacje, gdy Janusz uczył się już w Suwałkach. Wyjechali z domu właśnie do Suwałk. W autobusie do Białegostoku wpadła im w ręce gazeta, gdzie pisano o rozpoczynającym się Jarmarku Dominikańskim w Gdańsku. Wtedy to było coś.
Impreza na cały kraj…
No i wsiedli do pociągu, ale nie do Suwałk, tylko do Gdańska.
Długo jechali, pociągiem osobowym, bardzo długo, kilkanaście godzin. Byli w takim wieku, że nie bardzo im ufano. Wtedy młodzież podróżującą samotnie pociągiem zwano niebieskimi ptakami. Patrzono na nich prawie jak na chuliganów. Gdyby teraz dzieciom o tym powiedzieć, nie uwierzyliby, że to mogły być takie dziwne czasy.
Teraz, gdy cały świat stoi otworem... I panuje wolność.
czwartek, 2 października 2014
128. No dobra, jeszcze ten kawałek... Nie mogę wszystkiego tu "wkleić", bo to przecież moje prywatne i czasem bardzo krępujące dzieje... ;-)
(...) Niewiele zapamiętał z dzieciństwa. Ale w pamięć mu się wbił dobrze epizod, w którym o mało nie stracił życia. Było to podczas wypalania cegły. Dziadek doglądał ognia i pilnował wnuka. Siedział w pobliżu pieca i bacznie obserwował, co jego "królewicz" porabia. A że między piecem a kominem był łącznik z szybrem na usypanej górce, jego wysokość bawił się wspaniale na zboczu górki.
Widać musiał się czymś zaciekawić, może szybrem? Tyle tylko, że był tam przykryty otwór, dziura prosto w ogniową czeluść łącznika... Taka namiastka piekła.
Łaził tam i z powrotem aż wpadł po pachy. Dziadek szybko wnuka wyciągnął, ale butki, gumowce, już były gorące. Miał szczęście, że dziadek go doglądał i że zatrzymał się na rękach... I że chyba nie była na niego pora... Inaczej szybciutko zrobiłaby się z malca kupka popiołu, gdyby wpadł cały. Bo możliwości ratunku nie było żadnego. No, ale dzięki temu, że żyje, mogę opisać jego dalsze perypetie i dzieje...(...)
(...) Niewiele zapamiętał z dzieciństwa. Ale w pamięć mu się wbił dobrze epizod, w którym o mało nie stracił życia. Było to podczas wypalania cegły. Dziadek doglądał ognia i pilnował wnuka. Siedział w pobliżu pieca i bacznie obserwował, co jego "królewicz" porabia. A że między piecem a kominem był łącznik z szybrem na usypanej górce, jego wysokość bawił się wspaniale na zboczu górki.
Widać musiał się czymś zaciekawić, może szybrem? Tyle tylko, że był tam przykryty otwór, dziura prosto w ogniową czeluść łącznika... Taka namiastka piekła.
Łaził tam i z powrotem aż wpadł po pachy. Dziadek szybko wnuka wyciągnął, ale butki, gumowce, już były gorące. Miał szczęście, że dziadek go doglądał i że zatrzymał się na rękach... I że chyba nie była na niego pora... Inaczej szybciutko zrobiłaby się z malca kupka popiołu, gdyby wpadł cały. Bo możliwości ratunku nie było żadnego. No, ale dzięki temu, że żyje, mogę opisać jego dalsze perypetie i dzieje...(...)
niedziela, 28 września 2014
127. Coś jeszcze? Jakiś fragment? Proszę... ;-)
Po śmierci Stalina i kilkunastu latach okazywania niezadowolenia przez Polaków, trochę się poluzowało. Namiastką swobody powiało za Gomułki, a za Gierka zawitało przedwiośnie.
Ojciec Janusza jeszcze przez kilka lat po wojnie pracował w cegielni. Potem tak wszystko się ułożyło, że zrezygnował z państwowej posady. W głowie zaświtał mu pewien pomysł, ale musiał do niego dojrzeć.
Jak każdemu kawalerowi w pewnym wieku, a miał tych wiosen już ze 30, przestało mu wystarczać towarzystwo kolegów. Zaczął się rozglądać za kobietą, partnerką i żoną. Spodobała mu się młoda bibliotekarka, Tamara, pracująca wtedy w Domu Kultury. Młoda, bo młodsza o 10 lat, po liceum plastycznym, pełna radości życia, zapału i do tego bardzo, bardzo ładna.
Jej prawosławna rodzina, pochodziła ze szlachty zaściankowej. Mieszkali i uprawiali ziemię w ..., gmina Supraśl. Grunty te dostali ich przodkowie za zasługi dla króla. Zwano ich z sarkazmem, w okolicy szlachtą. Rodzina po politycznych przejściach. Dziadek i babcia z rodzinami, podczas pierwszej wojny światowej, musieli wszystko zostawić i uciekać przed Niemcami, na wschód. Mogli wrócić dopiero po kilku latach. Byli zawsze wolni, wykształceni, mieli ziemię, to i mieli i wrogów. Ojciec Tamary w niejedną noc uciekał przed bandami do lasu. Po wojnie też uciekał, przed innymi bandami, bo zapisał się do partii robotniczo-chłopskiej. Aktywnie w niej działał przez parę lat, aż do momentu, gdy zauważył, że niewiele ma ona wspólnego z jego ideami i poglądami.
Nigdy nie jest tak, że coś jest czarne albo białe. Wśród wielu porządnych ludzi, znajdzie się zawsze jakaś wesz i swołocz, której poglądy są karykaturą szlachetnych ideałów innych. Potrafiąca zniszczyć dla swojej prywaty, nawet coś wzniosłego i pięknego. Wszystko jedno, czy się patrzy na świat z prawej strony, czy też z lewej.
Byli, więc wykształconą szlachtą, kułakami i komuchami. Nie mieli lekko, ciężko pracowali na roli. Lawirowali między przepisami, by uniknąć domiarów i kontyngentów.
Dziadek nazywał się ..., babcia ..., córki to ..., ...,..,... Dzieci swoje, wychowali i wykształcili, oraz z posagiem wyprawili w świat. A w jednej z nich, Tamarze właśnie, zakochał się ojciec Janusza.
Od początku mieli problemy. Ojciec był katolikiem, ona wiary prawosławnej. Ówczesne czasy były mało tolerancyjne, więc i po ślubie, przez kilka lat, Tamara się nie mogła pokazać się w domu rodzinnym. Jako mężatka musiała przejąć wiarę męża i to było przyczyną konfliktów. Ślub był cywilny, a po kilku miesiącach, z przygodami i przy wsparciu rodziny Franka, także kościelny. Tak powstawała w bólach ich podstawowa komórka rodzinna.Tak też poznali się, pokochali i pobrali. A owocem tego związku był właśnie on, Janusz. Jego Mama przypłaciła poród chorobą i bała się powtórnej ciąży. Został więc jedynakiem. Wychowywał się w kochającej rodzinie, więc nie brak było mu rodzeństwa. Jego mama po miesiącach choroby zwanej rzucawką i operacji tarczycy, doszła do siebie.
Po śmierci Stalina i kilkunastu latach okazywania niezadowolenia przez Polaków, trochę się poluzowało. Namiastką swobody powiało za Gomułki, a za Gierka zawitało przedwiośnie.
Ojciec Janusza jeszcze przez kilka lat po wojnie pracował w cegielni. Potem tak wszystko się ułożyło, że zrezygnował z państwowej posady. W głowie zaświtał mu pewien pomysł, ale musiał do niego dojrzeć.
Jak każdemu kawalerowi w pewnym wieku, a miał tych wiosen już ze 30, przestało mu wystarczać towarzystwo kolegów. Zaczął się rozglądać za kobietą, partnerką i żoną. Spodobała mu się młoda bibliotekarka, Tamara, pracująca wtedy w Domu Kultury. Młoda, bo młodsza o 10 lat, po liceum plastycznym, pełna radości życia, zapału i do tego bardzo, bardzo ładna.
Jej prawosławna rodzina, pochodziła ze szlachty zaściankowej. Mieszkali i uprawiali ziemię w ..., gmina Supraśl. Grunty te dostali ich przodkowie za zasługi dla króla. Zwano ich z sarkazmem, w okolicy szlachtą. Rodzina po politycznych przejściach. Dziadek i babcia z rodzinami, podczas pierwszej wojny światowej, musieli wszystko zostawić i uciekać przed Niemcami, na wschód. Mogli wrócić dopiero po kilku latach. Byli zawsze wolni, wykształceni, mieli ziemię, to i mieli i wrogów. Ojciec Tamary w niejedną noc uciekał przed bandami do lasu. Po wojnie też uciekał, przed innymi bandami, bo zapisał się do partii robotniczo-chłopskiej. Aktywnie w niej działał przez parę lat, aż do momentu, gdy zauważył, że niewiele ma ona wspólnego z jego ideami i poglądami.
Nigdy nie jest tak, że coś jest czarne albo białe. Wśród wielu porządnych ludzi, znajdzie się zawsze jakaś wesz i swołocz, której poglądy są karykaturą szlachetnych ideałów innych. Potrafiąca zniszczyć dla swojej prywaty, nawet coś wzniosłego i pięknego. Wszystko jedno, czy się patrzy na świat z prawej strony, czy też z lewej.
Byli, więc wykształconą szlachtą, kułakami i komuchami. Nie mieli lekko, ciężko pracowali na roli. Lawirowali między przepisami, by uniknąć domiarów i kontyngentów.
Dziadek nazywał się ..., babcia ..., córki to ..., ...,..,... Dzieci swoje, wychowali i wykształcili, oraz z posagiem wyprawili w świat. A w jednej z nich, Tamarze właśnie, zakochał się ojciec Janusza.
Od początku mieli problemy. Ojciec był katolikiem, ona wiary prawosławnej. Ówczesne czasy były mało tolerancyjne, więc i po ślubie, przez kilka lat, Tamara się nie mogła pokazać się w domu rodzinnym. Jako mężatka musiała przejąć wiarę męża i to było przyczyną konfliktów. Ślub był cywilny, a po kilku miesiącach, z przygodami i przy wsparciu rodziny Franka, także kościelny. Tak powstawała w bólach ich podstawowa komórka rodzinna.Tak też poznali się, pokochali i pobrali. A owocem tego związku był właśnie on, Janusz. Jego Mama przypłaciła poród chorobą i bała się powtórnej ciąży. Został więc jedynakiem. Wychowywał się w kochającej rodzinie, więc nie brak było mu rodzeństwa. Jego mama po miesiącach choroby zwanej rzucawką i operacji tarczycy, doszła do siebie.
piątek, 26 września 2014
126. Z pewnej perspektywy, muszę powiedzieć że mój "Album rodzinny - wspomnienia" został napisany przezemnie dosyć ciekawie... Zobaczcie... ;-)
4
Pochodzenie
Urodził się w białostockim szpitalu, w mroźną i śnieżną listopadową noc, na świętego Marcina. Była środa około czwartej nad ranem w 1959 roku. Urodził się, jako niemowlę. Ta małomówność mu już została, na długi czas. Czasem uda mu się coś palnąć z głupia frant, co często raduje innych. Ale najczęściej tylko obserwuje i duma. Nazwano go Janusz.
Dziadek jego, ze strony ojca, Bolesław, zajmował się produkcją ceramiki budowlanej. Robił dachówki i cegły z gliny, wypalał je i sprzedawał, utrzymywał z tego rodzinę. Kuleszowie herbu Ślepowron to wielkopolska rodzina szlachecka pochodząca pierwotnie z pogranicza Podlasia i Mazowsza. Historia ta wydaje się ciekawa i warta opisania, więc opiszę ją w skrócie.
Ojciec dziadka, Franciszek, przyjechał ze środkowej Polski. Szukał na tym terenie pokładów gliny. Znalazł, ale żeby ją wydobywać, musiał wybrać się do, ówczesnego feudała, właściciela okolicznych gruntów by porozmawiać o nabyciu glinonośnych terenów. Był nim baron Ramm, Niemiec.
Miał swój pałac i siedzibę w romantycznie położonym parku w Hieronimowie. Po kilku rozmowach umówili się, że pradziadek dostanie w Lesance, ziemię i będzie ją eksploatować, a zapłatą dla barona będzie umówiona z góry, pewna ilość wypalonych cegieł. Cegła ta była potrzebna baronowi do rozbudowania posiadłości i budowy budynków dla służby.
Była to godna umowa, jako że rodzina stała się znana w okolicy i szanowana. A ze wspaniałej jakości cegieł powstało wiele cerkwi, kościołów i budynków. Po śmierci Franciszka produkcją cegieł i dachówek zajęli się jego synowie, bracia Bolesław i Władysław. Od tego powstała nazwa cegielni.
Cegielnia braci Kuleszów w Lesance.
Gminą, w której ta historia się dzieje była Niezabudka, miejscowość położona na styku Puszczy Knyszyńskiej i Białowieskiej. W niej to istniało wówczas wiele małych zakładów tkackich, które przyczyniły się do powstania przemysłu włókienniczego w całym regionie. Później Niezabudkę, której nazwa pochodzi od starosłowiańskiej nazwy małego błękitnego kwiatka, przemianowano na Michałowo. Województwem ówczesnym była ziemia Grodzieńska. Później, po wojennych zawieruchach województwem stał się Białystok.
4
Pochodzenie
Urodził się w białostockim szpitalu, w mroźną i śnieżną listopadową noc, na świętego Marcina. Była środa około czwartej nad ranem w 1959 roku. Urodził się, jako niemowlę. Ta małomówność mu już została, na długi czas. Czasem uda mu się coś palnąć z głupia frant, co często raduje innych. Ale najczęściej tylko obserwuje i duma. Nazwano go Janusz.
Dziadek jego, ze strony ojca, Bolesław, zajmował się produkcją ceramiki budowlanej. Robił dachówki i cegły z gliny, wypalał je i sprzedawał, utrzymywał z tego rodzinę. Kuleszowie herbu Ślepowron to wielkopolska rodzina szlachecka pochodząca pierwotnie z pogranicza Podlasia i Mazowsza. Historia ta wydaje się ciekawa i warta opisania, więc opiszę ją w skrócie.
Ojciec dziadka, Franciszek, przyjechał ze środkowej Polski. Szukał na tym terenie pokładów gliny. Znalazł, ale żeby ją wydobywać, musiał wybrać się do, ówczesnego feudała, właściciela okolicznych gruntów by porozmawiać o nabyciu glinonośnych terenów. Był nim baron Ramm, Niemiec.
Miał swój pałac i siedzibę w romantycznie położonym parku w Hieronimowie. Po kilku rozmowach umówili się, że pradziadek dostanie w Lesance, ziemię i będzie ją eksploatować, a zapłatą dla barona będzie umówiona z góry, pewna ilość wypalonych cegieł. Cegła ta była potrzebna baronowi do rozbudowania posiadłości i budowy budynków dla służby.
Była to godna umowa, jako że rodzina stała się znana w okolicy i szanowana. A ze wspaniałej jakości cegieł powstało wiele cerkwi, kościołów i budynków. Po śmierci Franciszka produkcją cegieł i dachówek zajęli się jego synowie, bracia Bolesław i Władysław. Od tego powstała nazwa cegielni.
Cegielnia braci Kuleszów w Lesance.
Gminą, w której ta historia się dzieje była Niezabudka, miejscowość położona na styku Puszczy Knyszyńskiej i Białowieskiej. W niej to istniało wówczas wiele małych zakładów tkackich, które przyczyniły się do powstania przemysłu włókienniczego w całym regionie. Później Niezabudkę, której nazwa pochodzi od starosłowiańskiej nazwy małego błękitnego kwiatka, przemianowano na Michałowo. Województwem ówczesnym była ziemia Grodzieńska. Później, po wojennych zawieruchach województwem stał się Białystok.
sobota, 11 stycznia 2014
125. Tak… I jak tu ciekawie wkroczyć w
temat wyzbycia się ciała na rzecz umysłu, czyli transcendentalizmu. Jak
wytłumaczyć to filozoficzne stwierdzenie?
Już od dawna nosiłem się z myślą o stworzeniu „czegoś” na ten temat. Tylko jak o tym pisać, by zostać poprawnie zrozumianym?
Już od dawna nosiłem się z myślą o stworzeniu „czegoś” na ten temat. Tylko jak o tym pisać, by zostać poprawnie zrozumianym?
No bo jeśli umierając zostaje wskrzeszona
dusza, to i cała nasza zarazem mądrość pozostaje. Jeśli tak i w zaświatach”
jest wspaniale, to dlaczego „dusza” nie skontaktuje się z naszą rodziną po
śmierci i nie powie, „nie bójcie się nic?” i nie powie jak tam jest?
Nie może… - Bzdura! Fizycznie to
było by możliwe, bo dusza była przez lata całą mocą z nami związana... Bardzo
pasuje w tej sekwencji stwierdzenie że duszy nie ma. Ale jeśli tak, to i Boga
nie ma, stwórcy, diabla, nieba…
Ale mówi się o życiu po śmierci,
światach równoległych, duszach, przepowiedniach, czarach, psychokinezie, czy
telepatii… Jeśli tylko pół procenta z tego jest prawdziwa, to coś w tym chyba
jest...
Transcendentalizm, wychodzenie poza granice. Ulotne,
pozazmysłowe doświadczanie czegoś… Już od dawna zadaję sobie pytanie, do czego
ludziom jest potrzebne ciało? No tak, do prokreacji, ktoś powie, bo to bardzo
przyjemne uczucie. Darwinowski motor postępu. Tak mają zwierzątka, ptaszki
żabki…
Jednak ja zapytam powtórnie – po
co człowiekowi jest to ciało? Człowiek rodzi się, uczy, zdobywa doświadczenie
rozwija umiejętności, abstrakcyjne myślenie i… Co się dzieje dalej, po śmierci?
Ciało gnije, przepraszam, obraca się w pył, a co z tym co powstało w głowie,
tym czymś co nazywamy mądrością, odczuciami, doświadczeniem?
…No tak, można powiedzieć że „wiedza”
jest przekazywana z pokolenia na pokolenie poprzez książki, doświadczenia,
obserwację. - Dziadek - wnuczce, mistrz - uczniowi… Ale widzę tu jakąś pustkę.
Czegoś mi tu brakuje, jakiegoś ogniwa w łańcuchu…
Nie widzę sensu w tym bałaganie, brak
jest logiki… Skąd to się bierze?
Jest jednak chyba jakaś „Wyższa
mądrość”, określana w różnych kulturach jako – Bóg.
Bóg jest, wszystko widzi, czuwa i
ocenia, po śmierci wynagradza za postępki, albo karze… To jest logiczne, nadaje
sensu naszemu bytowi, ale za płytkie jak na moją inteligencję.
Zostawmy kaznodziei, księży,
papieży, bo są to ludzie którzy całą tą religijną otoczkę wymyślili, żyją w
niej i czerpią z niej korzyści. Nie o tym chcę mówić… To nie jest godne by
poruszać tak poważną kwestię w takim otoczeniu...
Chodzi o to, by wyobrazić sobie
to coś, co istnieje obok nas… Bo coś we mnie chce w to wierzyć…
W filmie „Kontakt” Mówi się o
wyższej, dokładnie nie sprecyzowanej i bezosobowej „Istocie”, która skontaktowała się z nami by powiedzieć
ludzkości, że jesteśmy za mali, że mamy za malutkie rozumki, by dostrzec to, co
„Oni” mogli by nam przekazać. Po prostu, nie dojrzeliśmy do tego…
Mówi się o podróżach kosmicznymi
korytarzami, tunelami podprzestrzennymi, które zakrzywiają przestrzeń i
umożliwiają błyskawiczną komunikację… Właśnie to dobre stwierdzenie,
komunikację… Bo po co mając komputer, komórki, satelity mamy się przemieszczać
w celu wymiany myśli, poglądów, poszerzania wiedzy? Komunikujemy się, a za
chwilę nie będą nam do tego potrzebne ręce. Chipy komunikujące się z naszym
mózgiem przejmą całą strefę związaną z naszymi myślami, doświadczeniem, tym czego
się zdążyliśmy nauczyć, czyli naszą pokoleniową wiedzą...
I tu znowu dochodzimy do pytania.
Po co nam teraz do rozwoju umysłu potrzebne jest to przeszkadzające na każdym
kroku ciało? Do kręcenia korbą, owszem, ciało jest potrzebne. Ale do przekazywania
myśli, mądrości? Toż to tylko hamuje…
W podróżach nasze ciało hamuje
prędkość światła, przeciążenia, głód. Znawcy tematu mówią, że po tej granicznej
prędkości już nic nie ma. Struktura atomu i na przykład układ słoneczny, wydaje
się zjawiskiem bardzo podobnym, ma jak nasze ciało wagę, po prostu znaną
nam - „fizyczność”…
Co to są czarne dziury?
Antymateria? Czy nie dziwi nas tybetański mnich, który co prawda ma ciało, ale
potrafi nie jeść, nie pić, potrafi zapanować nad emocjami, popędem, ciałem.
Mówi że żyje energią świata, słońca, kosmosu…
Przykład mnicha przedstawiłem tu trochę
z przekory, bo różnie się o tym mówi i nie ma naukowych dowodów że mówią
prawdę. Ale jeśli z pośród tysięcy joginów, mnichów, czy inaczej nazywających
się „cudaków” choć jeden jest „prawdziwy”… To coś w tym jest…
W takim aspekcie moje pytanie o
transcendentalizm, o wyzbycie się ciała w imię wyższych racji. Wyzbycie się
potrzeb, emocji, dóbr, popędu, chorób zdobyczy, cywilizacyjnych itp. Jest pytaniem
nadzwyczaj oryginalnym i ciekawym.
Jeśli moje rozważania idą w dobrym kierunku,
to co dalej? Rozum podpowiada idź dalej, snuj rozważania i dociekaj… Jednak ja
w tym momencie mogę tylko przytoczyć słowa z filmu…
Jeszcze moja wiedza jest niewystarczająca,
emocjonalnie nie dojrzałem, a rozum mam za ubogi, by zrozumieć to o czym
moglibyśmy ci opowiedzieć…
Rozum, jako połączona z wielu istota - w wielki byt, (takie mrowisko, komputer, internet). Poszerzająca swoją wiedzę i pozbawiona pragnień fizycznych... Ten byt jest możliwy, to scala w logiczną całość moje rozważania, ale żadnych dowodów na to nie mam... Więc chyba na tym skończę… ;-D
Rozum, jako połączona z wielu istota - w wielki byt, (takie mrowisko, komputer, internet). Poszerzająca swoją wiedzę i pozbawiona pragnień fizycznych... Ten byt jest możliwy, to scala w logiczną całość moje rozważania, ale żadnych dowodów na to nie mam... Więc chyba na tym skończę… ;-D
wtorek, 1 października 2013
środa, 25 września 2013
124. Miałem wczoraj straszny sen… Śniło mi
się że była noc i rozpętała się straszna burza. Wiatr przygniatał gałęzie drzew
do ziemi. Słychać było grzmoty, niebo rozświetlały co i rusz błyskawice.
Mieszkaliśmy jeszcze na wsi. Baliśmy się by na nasz dom nie spadło jakieś
drzewo, lub duża gałąź nie uszkodziła dachu, by piorun nie strzelił w kalenicę.
Ciarki nam przechodziły po plecach. Z czasem zaczęło się wszystko uspokajać, wiatr
ucichł. Zaczęliśmy oddychać swobodnie gdy… Nagle ni z tego ni z owego, nowy
hałas zaczął docierać do nas zza chmur. Były to wycia z naddźwiękowych silników
samolotów. Wydawało się nam że walczą między sobą. Chmury znowu zaczęły
rozdzielać łuny, tym razem z broni walczących maszyn. Z daleka docierały do
naszych uszu wybuchy bomb. Padł na nas blady strach. W głowach kłębiły się
myśli, co to? Wojna, inwazja, terroryści?... Wrzesień, Polska, atak?
Przytuliliśmy
się do siebie. I tak przytuleni na pokojowej ławie, doczekaliśmy całą rodziną
do rana. Rano w telewizji cisza, brak programu. Na drodze żadnego ruchu.
Sąsiedzi wyszli na podwórek, do obrządku, lecz robota nikomu nie szła. Każdy
miał potrzebę rozmowy, każdy zadawał w myślach pytania. Niepewność i strach
rozlewała się po wsi. Co się dzieje?
Tak było do
wieczora. Wieczorem, na drogach dookoła, rozlegał się chrobot gąsiennic i
warkot silników samochodowych. Ciemność rozświetlały reflektory i ogniska
rozpalane przez żołnierzy z orzełkami na hełmach. Pomału docierała do
wszystkich straszna wiadomość. To pucz, władzę siłą przejęła jedyna słuszna
polityczno - wyznaniowa siła z człowiekiem o ptasim nazwisku na czele.
Wszystkich
opornych, o innych poglądach wywieziono, internowano, lub rozstrzelawszy
pochowano w zbiorowych mogiłach. Wszystkich opanował strach. Co teraz będzie? Przecież
tu jest prawdziwy tygiel etniczny, źródła wiary różnych religii. Czy duchowny o
nazwisku pięknego rudego grzyba poskromi teraz swe ambicje? Czy nienawiść z ust
człowieka o ptasim nazwisku będzie w jakiś sposób przez kogoś hamowana?
Przecież na wzór dawnej komuny, w naszym kraju na naszych oczach powstaje
państwo wyznaniowe. Co na to Papa? Czy to początek wojny katolicko –
muzułmańskiej? Czy to tylko nowy podział strefy wpływów? Mamy żyć i chodzić
jakiś burkach do końca życia? Co to będzie?
Obudziłem
się zlany potem, ale szczęśliwy że był to tylko sen… Może była to i polityczna
mara, ale jaka realna… Zacząłem sobie zadawać pytanie, czy to możliwe? Słuchając
tego zjadliwego, pełnego nienawiści języka w parlamencie myślę że tak. Patrząc
na wybryki narodowościowców, kiboli, niedowartościowanych polityków i
wojskowych, jestem tego pewny. Przecież taki scenariusz jest całkiem możliwy…
Nie mogłem zasnąć
już do rana…
poniedziałek, 16 września 2013
123. Fajnie że czytacie mego Bloga. Cieszy
mnie to ogromnie, bo „zmusza” to do systematyczności, wysiłku i wytwarza to w
moim mózgu endorfiny -„hormony szczęścia” ;-D Byłem tym bardziej mile
zaskoczony, gdy redakcja „Neuropozytywnych” poprosiła bym rozwinął temat z mego
Bloga i napisał artykuł do ich czasopisma. Napisałem więc i właśnie się ukazał…
Wiecie jakie to uczucie?... To coś takiego, gdy przed laty po „upadku
komunizmu”, spotkało się ze mną kilku mieszkańców gminy i zaproponowali bym
został radnym… Zostałem zauważony i bardzo mnie to dowartościowało… Nie
przewróciło mi to w głowie, ale mile połaskotało moją próżność. Wielu ludzi
miało wówczas podobne poglądy jak ja i chciało mi zaufać, powierzając swoje
sprawy bym wprowadzał je w życie… To było dawno, ale teraz też, słowa swojej
matki, gdy się pochwaliłem artykułem, bardzo mnie dowartościowały „Bardzo
ładnie napisałeś Janusz, jak profesjonalista”. Przypomniały mi się stare czasy.
;-D
wtorek, 10 września 2013
122. Kiedyś mój znajomy z weterynarii,
przyjechał do nas w odwiedziny z dwoma kolegami. Byli to jacyś profesorowie, z
jakiejś uczelni… Byli bardzo zdziwieni, gdy oprowadziłem ich po pieczarkarni,
opowiedziałem o całym cyklu produkcji, o tym czemu się tym zajmujemy, co nas w
tym pasjonuje… Wykład był na miarę profesorskiej lekcji na uczelni, tylko że ja
skończyłem zaledwie szkołę średnią… No cóż miałem zapewne jeden z lepszych dni…
;-D Teraz bym tego wyczynu nie powtórzył… SM, zabrało mi sporo elokwencji,
pewności siebie. Pamięci, szybkości, refleksu w posługiwaniu się językiem… Ale
nie jest jeszcze tak źle… Tylko czasem ta trema, poczucie ułomności… To „se
newrati”, jak by powiedzieli nasi sąsiedzi z południa… ;-D Nie, nie czuję się
gorszy, nie żałuję niczego co zrobiłem w swym życiu… Żałuję tylko stanu umysłu,
który powstał po poznaniu diagnozy, a mógł doprowadzić do utraty tego co jest
mi najważniejsze – rodziny… - …Depresja… Pisząc swą monografię – „Album
rodzinny” i tworząc drzewo genealogiczne, wiele zebrałem wspomnień, wiadomości
o swojej rodzinie. Wiele się dowiedziałem. Od tego momentu bardzo się
rozwinąłem… Zacząłem posługiwać się komputerem przecież w czasie, gdy mój mózg
nie pamiętał po co wysłał mnie do sklepu… A przecież spisałem historię mojej
rodziny od początku wieku. Opisałem swoją młodość. Co przeżyłem, myślałem od
dzieciństwa. Poprzez szkołę podstawową, szkołę średnią. Okres gdy rodziły się
dzieci, ich wychowywanie. Czasy obfitości, kryzysu, choroby. Procesu godzenia
się z rzeczywistością i pokonania, albo raczej zaakceptowania swojej ułomności…
To co przeżyłem, nie sposób opisać, ale wiele można się dowiedzieć z tego Bloga
i przeczytać między jego wierszami…
niedziela, 8 września 2013
121. Grzyby się zawiązały i rozpoczął się
rzut pieczarek. Najbardziej oczekiwany okres plonów, zarobków, satysfakcji z
pracy. Jednocześnie był to okres wytężonej i nielimitowanej pracy. U nas jedna,
dwie osoby zbierało grzyby do skrzyneczek. Jednocześnie, lub po godzinie, cała
rodzina czyściła, obcinała korzonki, pakowała i ważyła pieczarki. Nikt nie
patrzył na zegarek. Pracowano, aż się pracę wykonało. Skrzynki, by grzyby nie
rozwijały się tak szybko, umieszczane były w chłodni. Rankiem woziło się je na
rynek, patetycznie zwany wtedy giełdą… ;-D W innych pieczarkarniach, jak na
przykład w tej do której wyjeżdżaliśmy potem na saksy. Grzyby zrywała, obcinała
i pakowała jedna osoba jednocześnie. Było w tedy w komorze, bunkrze,
kilkanaście osób. Niektóre brygady, jak na przykład Turecka, rzucały obcięte
korzonki na podłogę i deptała po nich… Och jak później trudno było doprowadzić
taki bunkier do czystości!… Polskie brygady wszystkie nieczystości wrzucała do
wiaderek i bunkier od razu był czysty. Zbiór normalnie trwa trzy dni. Zbiera
się sukcesywnie największe grzyby. Tureccy robotnicy rwali wszystko na raz,
zostawiając tylko małe grzybki. No, ale cóż… Może dlatego zakład już zamknięto
z powodu nierentowności… Po zbiorze, usuwało się pozostałości, by nie rozsiewały
tworzących się zarazków, równało, zasypywało dołki i podlewało. Do następnego
rzutu należało dostarczyć grzybom tyle wody, jakiego spodziewano się następnego
plonu pieczarek… Po tygodniu, sytuacja się powtarzała. I tak, do pięciu, a
nawet u nas do sześciu tygodni. Potem półki się opróżniało, wywoziło kompost i
dezynfekowało halę… Nie powiem, trochę chemii, w celach zapobiegawczych się
musiało stosować. Choroby błyskawicznie podczas rzutów się rozprzestrzeniały,
zabierając ze sobą nawet połowę ponów. Hodowla pieczarek to była bardzo ciężka
i kosztowna uprawa…
Mam sporo spraw w tym tygodniu... Nie zdziwcie się jak będę pauzował... ;-*
Mam sporo spraw w tym tygodniu... Nie zdziwcie się jak będę pauzował... ;-*
czwartek, 5 września 2013
120. Gdy się grzybnię posiało, wyrównało i uklepało,
przykrywało się ją gazetami i zraszało wodą. Trzeba było ją zresztą zraszać
nawet i kilka razy dziennie, by była ciągle wilgotna. Grzybnia pod gazetami
rozrastała się nawet trzy tygodnie. Obornik z brunatnego stawał się coraz
bardziej ryżawo- siwy, pachniał już też grzybami. Wtedy to, przykrywało się go
okrywą, wykonaną z torfu, gliny, piasku. Miała być chłonna, przewiewna o
strukturze przypominającej gruboziarnisty żwir. To kosztowało lata doświadczeń,
by taka okrywa spełniała swoją rolę. Torf przywoziło się z kopalni torfu, z łąk,
dołów. Glinę brało z cegielni, a piasek ze żwirowni. Aby nie zawierała
drobnoustrojów i szkodliwych bakterii, tydzień przed przykryciem nią substratu,
trzeba było ją spasteryzować. Przez dwanaście godzin utrzymać bardzo wysoką
temperaturę, praktycznie u nas, wręcz od dołu zagotować… Ojciec przedtem, gdy
nie było pieca, odkażał ją tylko formaliną. Ciepłą, ale już nie gorącą ziemią
przykrywało się obornik przy pomocy wiader i długiego grzebienia wykonanego
samodzielnie. W okrywie, grzybnia rozrastała się szybko, gdy pierwsze strzępki
zaczynały docierać do powierzchni, schładzało się powietrze z dwudziestu kilku
stopni do nawet szesnastu, w zależności od rasy grzybni. Był to tak zwany szok
termiczny. Powodował on zawiązywanie się na strzępkach grzybni owocników. Po
kilkunastu dniach następował pierwszy wysyp, rzut grzybów.
119. Urządzenia i maszyny używane onegdaj do
produkcji pieczarek to przecież widły, taczki, dziobaki wykonane z wideł, pace
budowlane do ubijania. Wiadra, grzebienie wykonane z drewnianych łat z
powbijanymi gwoźdźmi, opryskiwacze ręczne, szufle itp. rzeczy. Dopiero później,
ojciec przystosował młocarnię ręczną do zboża na maszynę elektryczną do
rozdrabniania obornika i torfu. No takimi narzędziami się pracowało. Fizycznie,
ręcznie, ciężko. Wszystkie pomocnicze urządzenia jak płotki do układania
pryzmy, szerokie widły, podjazdy i inne ułatwienia, ojciec mój sam wymyślał i
wykonywał. Pracował ciężko i pewnie aż do przedwczesnej śmierci utrzymywał
wspaniałą kondycję fizyczną. Ja też ani z mięśniami, ani kręgosłupem nie mam
problemu. Byłem i nadal jestem bardziej wytrzymały na wysiłek fizyczny niż
obecne młode pokolenie… Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Jako
chory, mam zapas z którego niepełnosprawność może jeszcze czerpać… ;-D
środa, 4 września 2013
118. Zaczynając produkcję w moich
czasach producent pieczarek musiał zrobić kompost. Była to słoma żytnia lub pszeniczna
wymieszana z nawozem końskim, kurzym, lub takim i takim. Zmoczona, ułożona w
pryzmę i odkwaszona. Gdy była potrzeba, można było dodać nawozu azotowego. Taką
pryzmę przerzucano przez maszynę co tydzień trzy razy. Dotleniało to ją,
wpływało na rozwój pożytecznych drobnoustrojów, zmiękczało i łamało strukturę
słomy. Towarzyszyła temu wysoka temperatura, która podczas parowania pozbawiała
pryzmę wody. Trzeba było ją uzupełniać, dodawać gnojówkę która wyciekła spod
pryzmy… Po wielu latach, podczas kursu w Holandii, dowiedziałem się, że proces
ten wpływa także na powstawanie efektu cieplarnianego. Potem rozdrobniony,
zmacerowany kompost zawoziło się do komór. Tam podlegał procesowi pasteryzacji.
Utrzymywało się temperaturę do 60 stopni w kompoście przez kilkanaście godzin,
by (najprościej mówiąc) związał się azot w kompoście zatruwający grzybnię
pieczarek. Później przez kilka dni kompost na półkach stygł i dojrzewał. Na
powierzchni pojawiała się pożyteczna pleśń i pojawił się specyficzny, chlebowy
zapach. W schłodzonym i wywietrzonym pomieszczeniu, przy temperaturze około
dwudziestu kilku stopni siało się grzybnię. Była to „pleśń” nitki grzybni
pieczarki, zaszczepione na gotowanym ziarnie pszenicy. Rozsypywało się ją po
powierzchni, mieszano i uklepywano. Jakich urządzeń i maszyn wtedy się używało
do tego, napiszę w „Następnym numerze”… ;-D
wtorek, 3 września 2013
117. (…) W
ruinach starej cegielni (…) Takimi słowami zaczynał się reportaż, gdy przed
laty przyjechał do nas reporter i zrobił materiał wyświetlony w ówczesnej
telewizji publicznej. Potem było jeszcze kilka artykułów w lokalnej prasie. To
było miłe, dowartościowało. Niewielu było w tym czasie pieczarkarzy, zwłaszcza
na naszym terenie… Potem, nastała polityczna odwilż. Polska wieś, i nie tylko
zaczęła się gwałtownie rozwijać. Można było wdrożyć w życie marzenia. Na
miejscu starej, powstało nowoczesne, jak na owe polskie czasy - Rodzinne Gospodarstwo
Rolne o Specjalizacji Pieczarkarskiej… Jak życie się wówczas u nas zmieniło…
Ojciec kupił nowego Fiata, używanego Żuka, kolorowy telewizor, wyremontował
dom, dostawił werandę, no i powstała przede wszystkim – pieczarkarnia… To
wszystko w przeciągu kilku lat… Owszem było trochę kredytu, ale szybko się go
spłaciło… Znowu naszej rodzinie zaczęło się powodzić i co najważniejsze, za
zezwoleniem już władz… ;-D
To zdjęcie jeszcze z wykańczania pieczarkarni. Wiele się zmieniło... Ta szopa, to część starego budynku cegielni przerobionej na pieczarkarnię... Ani pieca, ani komina już nie ma... To wszystko stało w drugiej hali uprawowej w tym dużym budynku...
niedziela, 1 września 2013
116. Pomysłem na życie mego ojca były
pieczarki… Po zwolnieniu się z cegielni, wpadła mu w ręce książeczka
Bukowskiego o uprawie pieczarek. Nie było wówczas w regionie nikogo, kto by się
taką produkcją zajmował… Do tego celu zaadoptował piwnicę przy letniej kuchni
rodziców. Była nieduża, warunki tam panowały prawidłowe, więc dlaczego by nie…
Gdy się urodziłem, nie wiele słyszałem już o tych pierwszych próbach uprawy. Ale
chyba się powiodły skoro już do celów uprawy zaadoptowane były szopy i stary
piec do wypalania cegły. W rodzinie mówiono jedynie, że pierwsze grzyby zaczęły
rosnąć pod półkami, bo nie miały szans by wyrosnąć prawidłowo bo im ojciec nie pozwalał…
;-D
czwartek, 29 sierpnia 2013
115. Niedaleko jednej
z bram wjazdowych stał budynek biura. Tam też czasem urzędowałem. Bawiłem się
maszyną do pisania, urządzeniem do liczenia na korbkę, stało tam w koncie pod
wieszakiem, dawno zapomniane naczynie tzw. spluwaczka… A co?... Pełna kultura…
;-D Za moich dziecięcych lat, była chyba mała stołówka, bo pamiętam panią
kucharkę, kuchnię, naczynia… A może robiła ona tylko kawę robotnikom? Nie
pamiętam... Obszar gdzie stały szopy, wyrobownia, różne budynki, warsztaty i
torowisko był spory, z kilka hektarów… Były tam też dla mnie wspaniałe tereny
do zabawy. Czyste stawiki, gdzie w krystalicznie czystej wodzie obserwowałem
różne gatunki zielonych roślin i życie wodnych stworzeń. Żuków, rybek,
pajączków, raków i różnokolorowych żabek. Godzinami mogłem tak siedzieć. Ale
gdy tylko usłyszałem donośny głos mamy – Janusz, obiad!, na przykład, zaraz
leciałem do domu… Zresztą, wszystko było wówczas moim domem… Ot, takie było
wówczas życie - małego królewicza, jak mnie dziadek i kilkoro starszych
pracowników nazywało… To były piękne czasy, jednak coś wisiało w powietrzu…
Rządziła w tedy ekipa Gomułki. Gierek, i namiastka wolności miała nastać jeszcze za kilka lat… Byłem
młody, nie miałem trosk, dlatego wspominam te czasy z takim sentymentem… Chyba
nie tylko ja… ;-D
114. Potem ciuchcia jechała, najczęściej ze mną,
pod wyrobownię. To było różnie, raz kopalnia była o rzut beretem, czasami
oddalona o pół kilometra. Glina nie była w jednym miejscu, kilka lat tu, za
kilka lat tam… Były to takie różnej wielkości niecki… Ciuchcia ostawiała przy
wyrobowni wagoniki z gliną i brała już opróżnione z powrotem do kopalni. Tu też
były dwie bocznice i też jedna z pustymi, a druga z pełnymi wagonikami. Tu
zostawałem i obserwowałem co będzie dalej. Był na dole pan, co podczepiał
wagoniki z gliną do wyciągarki. Najpierw były to dwa, potem już podczepiano ich
trzy. Długą pochylnią wędrowały potem one na górę wyrobowni. Był to chyba nawet
czteropiętrowy budynek, więc miały wysoko. Gdy dotarły na górę, pracownik
odpinał zabezpieczenia i uchylając kolebę wysypywał glinę na dół, do kosza
zasypowego wielkiego pressa. Tam glinę mielono, dodawano wody, oddzielano
zanieczyszczenia i kamienie. Wagoniki wracały z wielkim hukiem na dół i
historia się powtarzała. Trzy piętra niżej, z prostokątnego otworu, wyciskana
była glina w postaci bloku. Potem automatyczna gilotyna, z wielką prędkością
cięła blok na cegły, pracownik układał je na piętrowe wagoniki, po cztery
sztuki na każdy poziom. To był prawdziwy transporter. ;-D Na piętrach tego
budynku były łazienki, pomieszczenia socjalne - przebieralnie, stołówka. Wagoniki
podczepione były kółkami, do grubego łańcucha zawieszonego do solidnej,
posmarowanej grubą warstwą towotu prowadnicy na metalowych podporach. Napędzał
to wielki silnik umieszczony w maszynowni. Wagoniki wędrowały od szopy do szopy
kierowane wielkimi kołami zębatymi, a było ich setki… W szopach, odbierali te
cegły pracownicy i stawiali na półki z łat, by przeschły. Schły tak tygodniami
by pod koniec lata zaczęto po kolei stawiać je znowu na wagoniki jadące w
kierunku pieca. Przy piecu, inni
robotnicy, opróżniali je i stawiali na taczki, które wwożono do komory pieca.
Tam ustawiano je piętrowo w ażurowe ściany by czekały na swoją kolej wypalania.
Następnie, kładło drewnianą podpałkę i otwory którymi wwożono cegłę
zamurowywano na glinianą zaprawę. Potem podpalano rozpałkę i zaczynało się
wypalanie cegieł. Przez kilka dni sypano miał węglowy z otworów na górze pieca,
pilnowano temperatury by na koniec zacząć schładzanie. Piec był duży, więc gdy
z jednej strony wypalano, z drugiej schładzano, a dalej wywożono jeszcze ciepłą
cegłę na plac by czekały na samochód, który zawiezie ją na budowę, do hurtowni
czy do sklepu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

