Łączna liczba wyświetleń

piątek, 10 października 2014

             132. Ostatnie słowa kończące moją biografię...
Posłowie.
Pisząc te kilka słów o sobie, miałem kilka celów. Jednym była pamiątka dzieciom. Drugim był cel rehabilitacyjny.
O ile ćwiczenie pamięci przyniosło zamierzony skutek, to styl tej swoistej biografii, pozostawia wiele do życzenia. Pisana była przez kilkanaście miesięcy. Więc nie jest do końca spójna, posiada wiele braków, z którymi nie potrafię sam sobie poradzić. Poza tym to jest moja pierwsza tak długa pisemna praca i nie jestem z niej do końca zadowolony. Pisanie mojej biografii uważam za bardzo duże wyzwanie, i chyba jednak ponad moje siły.
Jednakże zdecydowałem się ją wydrukować, gdyż ma ona wiele innych wartości. Historia rodziny, moje wspomnienia i odczucia. A przede wszystkim prośba o wybaczenie tego wszystkiego co się ze mną działo podczas mojej choroby i depresji. Nad niektórymi sprawami tak jak i teraz, nie miałem kontroli. Żałuję wielu rzeczy, popełniłem wiele błędów. Tą pracą chciałbym za nie przeprosić.
Janusz.

środa, 8 października 2014

         131. Jeszcze mogę o pogodzie coś wkleić... Nie zapomniałem co było i nie podniecam się anomaliami w pogodzie, bo je wszystkie przeżywałem... Myślę że to zasługa mediów, że rozdmuchują na cały świat to, co było kiedyś lokalne...
(...) Pogoda wówczas była, podobna do tej dzisiejszej. Zapamiętał straszną, czarną chmurę huraganu, co zwiała im dach z pieczarkarni. Kilkukrotne oberwanie chmury, kiedy woda ciekła zewsząd strumieniami i zalała nawet kopalnię gliny z koparką. A raz była taka wichura, że u sąsiadów powyrywało z korzeniami wielkie stare drzewa.
U ciotki Marysi, w Dojlidach, po przejściu trąby powietrznej trzeba było remontować dom. Słupy wysokiego napięcia wicher giął tak, jak nieznośne dziecko zabawki. Burze były często takie, że grzmot następował po grzmocie. Bardzo często piorun uderzał w komin lub wyrobownię w cegielni, która stała niedaleko od domu. Raz podczas stawiania werandy, burza była rano, po południu i wieczorem. Było wtedy upalnie i parno. A u dziadków podczas żniw, pamięta taki upał, że godzinami z braćmi ciotecznymi nie wychodził z rzeki.
Ale także i zimy były wtedy mroźne i śnieżne. Takie, że trudno z rana było wyjść z domu, bo śnieg leżał powyżej klamki. Drogę odśnieżały spychacze, wielkie Stalince. Potem pługi wirnikowe, które pozostawały za sobą głębokie kaniony ze śniegu. Było czasem tak zimno, że trzeba było twarz obwiązywać szalikiem, bo można było sobie nos odmrozić. Często zamykano szkoły na wiele dni. (...)

sobota, 4 października 2014

           130.  Jeszcze jeden urywek z kroniki... A co... ;-)
(...)W internacie zakwaterowano go, dano pościel, pokazano stołówkę, pomieszczenia administracyjne, łazienkę.
Potem wrócili z powrotem do ciotki, gdzie gościli aż do wyjazdu rodziców, wtedy to, z mieszanymi uczuciami, udał się na pierwszy nocleg do internatu.
Nazajutrz była inauguracja roku szkolnego. Miała ona miejsce na dworze, przed salą gimnastyczną. Najpierw chyba coś dyrektor zagaił, potem minister z radia. Następnie wszyscy rozeszli się do sal, które ktoś im wskazał na apelu.
Sala nr 7. Pierwsze spotkanie jego klasy i wychowawczyni, przez kolejne pięć lat, Alicją I. Właśnie, gdy wszyscy, a było ich prawie czterdziestu, rozglądając się wokoło, siedzieli grzecznie w ławkach, wparowała, niewysoka kobieta, i swoim męskim, basowym głosem, zaczęła od lekcji wychowawczej, czyli, wspomnianego tuż tematu numer jeden - jabłek Bogdanowej.
Zaskoczyła ich swoim głosem, zaskoczyła srogością, zdecydowaniem.
Dopiero po reprymendzie dla Pawełka, Mirka i Wacka, wszyscy odważyli się spojrzeć po sobie, w jakie to towarzystwo się wpadło, z kim będą się uczyć przez 5 lat. Nie wiem jak inni, ale Janusz odniósł dosyć sympatyczne wrażenie. Dziewczyny ładne i wesołe, chłopcy też wyglądali spoko. Wszyscy zaczynali ten sam etap w życiu, więc wyczuwało się w powietrzu niepewność i tremę.
Już wtedy zwrócił uwagę na wesołą, pełną wigoru dziewczynę o dźwięcznym głosie. Później najczęściej siedziała na lekcjach ławkę przed nim. Spodobał mu się, jej charakter, błysk szaleństwa w oku i zgrabna sylwetka. Szybko ją polubił, a po krótkim czasie pokochał. Miłość w nim cały czas narastała, by po kilku miesiącach, Marysia już na stałe zagościła w jego myślach.
Cały czas starał się być obok niej, patrząc na nią cielęcym wzrokiem, aż wszyscy zauważyli, że Janusz się zakochał. Byli parą, nie parą, wydawało się, że uczucie wygasa, narasta i faluje jak ocean. Ale to pozory, uczucie to już nigdy w nim nie wygasło, i trwa u Janusza po dziś dzień. (...)
...Przeżyliśmy wspólnie w małżeńskim stadle ponad 31 lat...

piątek, 3 października 2014

             129. Ta kronika jest zatytułowana:
Kochanej Marysi - mojej wiernej towarzyszce
w wędrówce po ścieżkach życia…
Wrzesień - 2008

Ostatnią wspólną przygodę wakacyjną przeżyli w pierwsze wakacje, gdy Janusz uczył się już w Suwałkach. Wyjechali z domu właśnie do Suwałk. W autobusie do Białegostoku wpadła im w ręce gazeta, gdzie pisano o rozpoczynającym się Jarmarku Dominikańskim w Gdańsku. Wtedy to było coś.
Impreza na cały kraj…
No i wsiedli do pociągu, ale nie do Suwałk, tylko do Gdańska.
Długo jechali, pociągiem osobowym, bardzo długo, kilkanaście godzin. Byli w takim wieku, że nie bardzo im ufano. Wtedy młodzież podróżującą samotnie pociągiem zwano niebieskimi ptakami. Patrzono na nich prawie jak na chuliganów. Gdyby teraz dzieciom o tym powiedzieć, nie uwierzyliby, że to mogły być takie dziwne czasy.
Teraz, gdy cały świat stoi otworem... I panuje wolność.

czwartek, 2 października 2014

            128.  No dobra, jeszcze ten kawałek... Nie mogę wszystkiego tu "wkleić", bo to przecież moje prywatne i czasem bardzo krępujące dzieje... ;-)
          (...) Niewiele zapamiętał z dzieciństwa. Ale w pamięć mu się wbił dobrze epizod, w którym o mało nie stracił życia. Było to podczas wypalania cegły. Dziadek doglądał ognia i pilnował wnuka. Siedział w pobliżu pieca i bacznie obserwował, co jego "królewicz" porabia. A że między piecem a kominem był łącznik z szybrem na usypanej górce, jego wysokość bawił się wspaniale na zboczu górki.
Widać musiał się czymś zaciekawić, może szybrem? Tyle tylko, że był tam przykryty otwór, dziura prosto w ogniową czeluść łącznika... Taka namiastka piekła.
Łaził tam i z powrotem aż wpadł po pachy. Dziadek szybko wnuka wyciągnął, ale butki, gumowce, już były gorące. Miał szczęście, że dziadek go doglądał i że zatrzymał się na rękach... I że chyba nie była na niego pora... Inaczej szybciutko zrobiłaby się z malca kupka popiołu, gdyby wpadł cały. Bo możliwości ratunku nie było żadnego. No, ale dzięki temu, że żyje, mogę opisać jego dalsze perypetie i dzieje...(...)

niedziela, 28 września 2014

              127. Coś jeszcze? Jakiś fragment? Proszę... ;-)
              Po śmierci Stalina i kilkunastu latach okazywania niezadowolenia przez Polaków, trochę się poluzowało. Namiastką swobody powiało za Gomułki, a za Gierka zawitało przedwiośnie.
Ojciec Janusza jeszcze przez kilka lat po wojnie pracował w cegielni. Potem tak wszystko się ułożyło, że zrezygnował z państwowej posady. W głowie zaświtał mu pewien pomysł, ale musiał do niego dojrzeć.
Jak każdemu kawalerowi w pewnym wieku, a miał tych wiosen już ze 30, przestało mu wystarczać towarzystwo kolegów. Zaczął się rozglądać za kobietą, partnerką i żoną. Spodobała mu się młoda bibliotekarka, Tamara, pracująca wtedy w Domu Kultury. Młoda, bo młodsza o 10 lat, po liceum plastycznym, pełna radości życia, zapału i do tego bardzo, bardzo ładna.
Jej prawosławna rodzina, pochodziła ze szlachty zaściankowej. Mieszkali i uprawiali ziemię w ..., gmina Supraśl. Grunty te dostali ich przodkowie za zasługi dla króla. Zwano ich z sarkazmem, w okolicy szlachtą. Rodzina po politycznych przejściach. Dziadek i babcia z rodzinami, podczas pierwszej wojny światowej, musieli wszystko zostawić i uciekać przed Niemcami, na wschód. Mogli wrócić dopiero po kilku latach. Byli zawsze wolni, wykształceni, mieli ziemię, to i mieli i wrogów. Ojciec Tamary w niejedną noc uciekał przed bandami do lasu. Po wojnie też uciekał, przed innymi bandami, bo zapisał się do partii robotniczo-chłopskiej. Aktywnie w niej działał przez parę lat, aż do momentu, gdy zauważył, że niewiele ma ona wspólnego z jego ideami i poglądami.
Nigdy nie jest tak, że coś jest czarne albo białe. Wśród wielu porządnych ludzi, znajdzie się zawsze jakaś wesz i swołocz, której poglądy są karykaturą szlachetnych ideałów innych. Potrafiąca zniszczyć dla swojej prywaty, nawet coś wzniosłego i pięknego. Wszystko jedno, czy się patrzy na świat z prawej strony, czy też z lewej.
Byli, więc wykształconą szlachtą, kułakami i komuchami. Nie mieli lekko, ciężko pracowali na roli. Lawirowali między przepisami, by uniknąć domiarów i kontyngentów.
Dziadek nazywał się ..., babcia ..., córki to ..., ...,..,... Dzieci swoje, wychowali i wykształcili, oraz z posagiem wyprawili w świat. A w jednej z nich, Tamarze właśnie, zakochał się ojciec Janusza.
Od początku mieli problemy. Ojciec był katolikiem, ona wiary prawosławnej. Ówczesne czasy były mało tolerancyjne, więc i po ślubie, przez kilka lat, Tamara się nie mogła pokazać się w domu rodzinnym. Jako mężatka musiała przejąć wiarę męża i to było przyczyną konfliktów. Ślub był cywilny, a po kilku miesiącach, z przygodami i przy wsparciu rodziny Franka, także kościelny. Tak powstawała w bólach ich podstawowa komórka rodzinna.Tak też poznali się, pokochali i pobrali. A owocem tego związku był właśnie on, Janusz. Jego Mama przypłaciła poród chorobą i bała się powtórnej ciąży. Został więc jedynakiem. Wychowywał się w kochającej rodzinie, więc nie brak było mu rodzeństwa. Jego mama po miesiącach choroby zwanej rzucawką i operacji tarczycy, doszła do siebie.

piątek, 26 września 2014

            126. Z pewnej perspektywy, muszę powiedzieć że mój "Album rodzinny - wspomnienia" został napisany przezemnie dosyć ciekawie... Zobaczcie... ;-)

4
Pochodzenie
Urodził się w białostockim szpitalu, w mroźną i śnieżną listopadową noc, na świętego Marcina. Była środa około czwartej nad ranem w 1959 roku. Urodził się, jako niemowlę. Ta małomówność mu już została, na długi czas. Czasem uda mu się coś palnąć z głupia frant, co często raduje innych. Ale najczęściej tylko obserwuje i duma. Nazwano go Janusz.
Dziadek jego, ze strony ojca, Bolesław, zajmował się produkcją ceramiki budowlanej. Robił dachówki i cegły z gliny, wypalał je i sprzedawał, utrzymywał z tego rodzinę. Kuleszowie herbu Ślepowron to wielkopolska rodzina szlachecka pochodząca pierwotnie z pogranicza Podlasia i Mazowsza. Historia ta wydaje się ciekawa i warta opisania, więc opiszę ją w skrócie.
Ojciec dziadka, Franciszek, przyjechał ze środkowej Polski. Szukał na tym terenie pokładów gliny. Znalazł, ale żeby ją wydobywać, musiał wybrać się do, ówczesnego feudała, właściciela okolicznych gruntów by porozmawiać o nabyciu glinonośnych terenów. Był nim baron Ramm, Niemiec.
Miał swój pałac i siedzibę w romantycznie położonym parku w Hieronimowie. Po kilku rozmowach umówili się, że pradziadek dostanie w Lesance, ziemię i będzie ją eksploatować, a zapłatą dla barona będzie umówiona z góry, pewna ilość wypalonych cegieł. Cegła ta była potrzebna baronowi do rozbudowania posiadłości i budowy budynków dla służby.
Była to godna umowa, jako że rodzina stała się znana w okolicy i szanowana. A ze wspaniałej jakości cegieł powstało wiele cerkwi, kościołów i budynków. Po śmierci Franciszka produkcją cegieł i dachówek zajęli się jego synowie, bracia Bolesław i Władysław. Od tego powstała nazwa cegielni.
Cegielnia braci Kuleszów w Lesance.
Gminą, w której ta historia się dzieje była Niezabudka, miejscowość położona na styku Puszczy Knyszyńskiej i Białowieskiej. W niej to istniało wówczas wiele małych zakładów tkackich, które przyczyniły się do powstania przemysłu włókienniczego w całym regionie. Później Niezabudkę, której nazwa pochodzi od starosłowiańskiej nazwy małego błękitnego kwiatka, przemianowano na Michałowo. Województwem ówczesnym była ziemia Grodzieńska. Później, po wojennych zawieruchach województwem stał się Białystok.

sobota, 11 stycznia 2014

          125. Tak… I jak tu ciekawie wkroczyć w temat wyzbycia się ciała na rzecz umysłu, czyli transcendentalizmu. Jak wytłumaczyć to filozoficzne stwierdzenie?
 Już od dawna nosiłem się z myślą o stworzeniu „czegoś” na ten temat. Tylko jak o tym pisać, by zostać poprawnie zrozumianym?
No bo jeśli umierając zostaje wskrzeszona dusza, to i cała nasza zarazem mądrość pozostaje. Jeśli tak i w zaświatach” jest wspaniale, to dlaczego „dusza” nie skontaktuje się z naszą rodziną po śmierci i nie powie, „nie bójcie się nic?” i nie powie jak tam jest?
Nie może… - Bzdura! Fizycznie to było by możliwe, bo dusza była przez lata całą mocą z nami związana... Bardzo pasuje w tej sekwencji stwierdzenie że duszy nie ma. Ale jeśli tak, to i Boga nie ma, stwórcy, diabla, nieba…
Ale mówi się o życiu po śmierci, światach równoległych, duszach, przepowiedniach, czarach, psychokinezie, czy telepatii… Jeśli tylko pół procenta z tego jest prawdziwa, to coś w tym chyba jest...

 Transcendentalizm, wychodzenie poza granice. Ulotne, pozazmysłowe doświadczanie czegoś… Już od dawna zadaję sobie pytanie, do czego ludziom jest potrzebne ciało? No tak, do prokreacji, ktoś powie, bo to bardzo przyjemne uczucie. Darwinowski motor postępu. Tak mają zwierzątka, ptaszki żabki…
Jednak ja zapytam powtórnie – po co człowiekowi jest to ciało? Człowiek rodzi się, uczy, zdobywa doświadczenie rozwija umiejętności, abstrakcyjne myślenie i… Co się dzieje dalej, po śmierci? Ciało gnije, przepraszam, obraca się w pył, a co z tym co powstało w głowie, tym czymś co nazywamy mądrością, odczuciami, doświadczeniem?
…No tak, można powiedzieć że „wiedza” jest przekazywana z pokolenia na pokolenie poprzez książki, doświadczenia, obserwację. - Dziadek - wnuczce, mistrz - uczniowi… Ale widzę tu jakąś pustkę. Czegoś mi tu brakuje, jakiegoś ogniwa w łańcuchu…
Nie widzę sensu w tym bałaganie, brak jest logiki… Skąd to się bierze?
Jest jednak chyba jakaś „Wyższa mądrość”, określana w różnych kulturach jako – Bóg.
Bóg jest, wszystko widzi, czuwa i ocenia, po śmierci wynagradza za postępki, albo karze… To jest logiczne, nadaje sensu naszemu bytowi, ale za płytkie jak na moją inteligencję.
Zostawmy kaznodziei, księży, papieży, bo są to ludzie którzy całą tą religijną otoczkę wymyślili, żyją w niej i czerpią z niej korzyści. Nie o tym chcę mówić… To nie jest godne by poruszać tak poważną kwestię w takim otoczeniu...
Chodzi o to, by wyobrazić sobie to coś, co istnieje obok nas… Bo coś we mnie chce w to wierzyć…
W filmie „Kontakt” Mówi się o wyższej, dokładnie nie sprecyzowanej i bezosobowej „Istocie”,  która skontaktowała się z nami by powiedzieć ludzkości, że jesteśmy za mali, że mamy za malutkie rozumki, by dostrzec to, co „Oni” mogli by nam przekazać. Po prostu, nie dojrzeliśmy do tego…
Mówi się o podróżach kosmicznymi korytarzami, tunelami podprzestrzennymi, które zakrzywiają przestrzeń i umożliwiają błyskawiczną komunikację… Właśnie to dobre stwierdzenie, komunikację… Bo po co mając komputer, komórki, satelity mamy się przemieszczać w celu wymiany myśli, poglądów, poszerzania wiedzy? Komunikujemy się, a za chwilę nie będą nam do tego potrzebne ręce. Chipy komunikujące się z naszym mózgiem przejmą całą strefę związaną z naszymi myślami, doświadczeniem, tym czego się zdążyliśmy nauczyć, czyli naszą pokoleniową wiedzą...
I tu znowu dochodzimy do pytania. Po co nam teraz do rozwoju umysłu potrzebne jest to przeszkadzające na każdym kroku ciało? Do kręcenia korbą, owszem, ciało jest potrzebne. Ale do przekazywania myśli, mądrości? Toż to tylko hamuje…
W podróżach nasze ciało hamuje prędkość światła, przeciążenia, głód. Znawcy tematu mówią, że po tej granicznej prędkości już nic nie ma. Struktura atomu i na przykład układ słoneczny, wydaje się zjawiskiem bardzo podobnym, ma jak nasze ciało wagę, po prostu znaną nam - „fizyczność”…
Co to są czarne dziury? Antymateria? Czy nie dziwi nas tybetański mnich, który co prawda ma ciało, ale potrafi nie jeść, nie pić, potrafi zapanować nad emocjami, popędem, ciałem. Mówi że żyje energią świata, słońca, kosmosu…
Przykład mnicha przedstawiłem tu trochę z przekory, bo różnie się o tym mówi i nie ma naukowych dowodów że mówią prawdę. Ale jeśli z pośród tysięcy joginów, mnichów, czy inaczej nazywających się „cudaków” choć jeden jest „prawdziwy”… To coś w tym jest…
W takim aspekcie moje pytanie o transcendentalizm, o wyzbycie się ciała w imię wyższych racji. Wyzbycie się potrzeb, emocji, dóbr, popędu, chorób zdobyczy, cywilizacyjnych itp. Jest pytaniem nadzwyczaj oryginalnym i ciekawym.
 Jeśli moje rozważania idą w dobrym kierunku, to co dalej? Rozum podpowiada idź dalej, snuj rozważania i dociekaj… Jednak ja w tym momencie mogę tylko przytoczyć słowa z filmu…
Jeszcze moja wiedza jest niewystarczająca, emocjonalnie nie dojrzałem, a rozum mam za ubogi, by zrozumieć to o czym moglibyśmy ci opowiedzieć… 
Rozum, jako połączona z wielu istota - w wielki byt, (takie mrowisko, komputer, internet). Poszerzająca swoją wiedzę i pozbawiona pragnień fizycznych... Ten byt jest możliwy, to scala w logiczną całość moje rozważania, ale żadnych dowodów na to nie mam...  Więc chyba na tym skończę… ;-D

środa, 25 września 2013

                124. Miałem wczoraj straszny sen… Śniło mi się że była noc i rozpętała się straszna burza. Wiatr przygniatał gałęzie drzew do ziemi. Słychać było grzmoty, niebo rozświetlały co i rusz błyskawice. Mieszkaliśmy jeszcze na wsi. Baliśmy się by na nasz dom nie spadło jakieś drzewo, lub duża gałąź nie uszkodziła dachu, by piorun nie strzelił w kalenicę. Ciarki nam przechodziły po plecach. Z czasem zaczęło się wszystko uspokajać, wiatr ucichł. Zaczęliśmy oddychać swobodnie gdy… Nagle ni z tego ni z owego, nowy hałas zaczął docierać do nas zza chmur. Były to wycia z naddźwiękowych silników samolotów. Wydawało się nam że walczą między sobą. Chmury znowu zaczęły rozdzielać łuny, tym razem z broni walczących maszyn. Z daleka docierały do naszych uszu wybuchy bomb. Padł na nas blady strach. W głowach kłębiły się myśli, co to? Wojna, inwazja, terroryści?... Wrzesień, Polska, atak?
Przytuliliśmy się do siebie. I tak przytuleni na pokojowej ławie, doczekaliśmy całą rodziną do rana. Rano w telewizji cisza, brak programu. Na drodze żadnego ruchu. Sąsiedzi wyszli na podwórek, do obrządku, lecz robota nikomu nie szła. Każdy miał potrzebę rozmowy, każdy zadawał w myślach pytania. Niepewność i strach rozlewała się po wsi. Co się dzieje?
Tak było do wieczora. Wieczorem, na drogach dookoła, rozlegał się chrobot gąsiennic i warkot silników samochodowych. Ciemność rozświetlały reflektory i ogniska rozpalane przez żołnierzy z orzełkami na hełmach. Pomału docierała do wszystkich straszna wiadomość. To pucz, władzę siłą przejęła jedyna słuszna polityczno - wyznaniowa siła z człowiekiem o ptasim nazwisku na czele.
Wszystkich opornych, o innych poglądach wywieziono, internowano, lub rozstrzelawszy pochowano w zbiorowych mogiłach. Wszystkich opanował strach. Co teraz będzie? Przecież tu jest prawdziwy tygiel etniczny, źródła wiary różnych religii. Czy duchowny o nazwisku pięknego rudego grzyba poskromi teraz swe ambicje? Czy nienawiść z ust człowieka o ptasim nazwisku będzie w jakiś sposób przez kogoś hamowana? Przecież na wzór dawnej komuny, w naszym kraju na naszych oczach powstaje państwo wyznaniowe. Co na to Papa? Czy to początek wojny katolicko – muzułmańskiej? Czy to tylko nowy podział strefy wpływów? Mamy żyć i chodzić jakiś burkach do końca życia? Co to będzie?   
            Obudziłem się zlany potem, ale szczęśliwy że był to tylko sen… Może była to i polityczna mara, ale jaka realna… Zacząłem sobie zadawać pytanie, czy to możliwe? Słuchając tego zjadliwego, pełnego nienawiści języka w parlamencie myślę że tak. Patrząc na wybryki narodowościowców, kiboli, niedowartościowanych polityków i wojskowych, jestem tego pewny. Przecież taki scenariusz jest całkiem możliwy…
Nie mogłem zasnąć już do rana…   

poniedziałek, 16 września 2013

               123. Fajnie że czytacie mego Bloga. Cieszy mnie to ogromnie, bo „zmusza” to do systematyczności, wysiłku i wytwarza to w moim mózgu endorfiny -„hormony szczęścia” ;-D Byłem tym bardziej mile zaskoczony, gdy redakcja „Neuropozytywnych” poprosiła bym rozwinął temat z mego Bloga i napisał artykuł do ich czasopisma. Napisałem więc i właśnie się ukazał… Wiecie jakie to uczucie?... To coś takiego, gdy przed laty po „upadku komunizmu”, spotkało się ze mną kilku mieszkańców gminy i zaproponowali bym został radnym… Zostałem zauważony i bardzo mnie to dowartościowało… Nie przewróciło mi to w głowie, ale mile połaskotało moją próżność. Wielu ludzi miało wówczas podobne poglądy jak ja i chciało mi zaufać, powierzając swoje sprawy bym wprowadzał je w życie… To było dawno, ale teraz też, słowa swojej matki, gdy się pochwaliłem artykułem, bardzo mnie dowartościowały „Bardzo ładnie napisałeś Janusz, jak profesjonalista”. Przypomniały mi się stare czasy. ;-D   

wtorek, 10 września 2013

                   122. Kiedyś mój znajomy z weterynarii, przyjechał do nas w odwiedziny z dwoma kolegami. Byli to jacyś profesorowie, z jakiejś uczelni… Byli bardzo zdziwieni, gdy oprowadziłem ich po pieczarkarni, opowiedziałem o całym cyklu produkcji, o tym czemu się tym zajmujemy, co nas w tym pasjonuje… Wykład był na miarę profesorskiej lekcji na uczelni, tylko że ja skończyłem zaledwie szkołę średnią… No cóż miałem zapewne jeden z lepszych dni… ;-D Teraz bym tego wyczynu nie powtórzył… SM, zabrało mi sporo elokwencji, pewności siebie. Pamięci, szybkości, refleksu w posługiwaniu się językiem… Ale nie jest jeszcze tak źle… Tylko czasem ta trema, poczucie ułomności… To „se newrati”, jak by powiedzieli nasi sąsiedzi z południa… ;-D Nie, nie czuję się gorszy, nie żałuję niczego co zrobiłem w swym życiu… Żałuję tylko stanu umysłu, który powstał po poznaniu diagnozy, a mógł doprowadzić do utraty tego co jest mi najważniejsze – rodziny… - …Depresja… Pisząc swą monografię – „Album rodzinny” i tworząc drzewo genealogiczne, wiele zebrałem wspomnień, wiadomości o swojej rodzinie. Wiele się dowiedziałem. Od tego momentu bardzo się rozwinąłem… Zacząłem posługiwać się komputerem przecież w czasie, gdy mój mózg nie pamiętał po co wysłał mnie do sklepu… A przecież spisałem historię mojej rodziny od początku wieku. Opisałem swoją młodość. Co przeżyłem, myślałem od dzieciństwa. Poprzez szkołę podstawową, szkołę średnią. Okres gdy rodziły się dzieci, ich wychowywanie. Czasy obfitości, kryzysu, choroby. Procesu godzenia się z rzeczywistością i pokonania, albo raczej zaakceptowania swojej ułomności… To co przeżyłem, nie sposób opisać, ale wiele można się dowiedzieć z tego Bloga i przeczytać między jego wierszami…       

niedziela, 8 września 2013

            121. Grzyby się zawiązały i rozpoczął się rzut pieczarek. Najbardziej oczekiwany okres plonów, zarobków, satysfakcji z pracy. Jednocześnie był to okres wytężonej i nielimitowanej pracy. U nas jedna, dwie osoby zbierało grzyby do skrzyneczek. Jednocześnie, lub po godzinie, cała rodzina czyściła, obcinała korzonki, pakowała i ważyła pieczarki. Nikt nie patrzył na zegarek. Pracowano, aż się pracę wykonało. Skrzynki, by grzyby nie rozwijały się tak szybko, umieszczane były w chłodni. Rankiem woziło się je na rynek, patetycznie zwany wtedy giełdą… ;-D W innych pieczarkarniach, jak na przykład w tej do której wyjeżdżaliśmy potem na saksy. Grzyby zrywała, obcinała i pakowała jedna osoba jednocześnie. Było w tedy w komorze, bunkrze, kilkanaście osób. Niektóre brygady, jak na przykład Turecka, rzucały obcięte korzonki na podłogę i deptała po nich… Och jak później trudno było doprowadzić taki bunkier do czystości!… Polskie brygady wszystkie nieczystości wrzucała do wiaderek i bunkier od razu był czysty. Zbiór normalnie trwa trzy dni. Zbiera się sukcesywnie największe grzyby. Tureccy robotnicy rwali wszystko na raz, zostawiając tylko małe grzybki. No, ale cóż… Może dlatego zakład już zamknięto z powodu nierentowności… Po zbiorze, usuwało się pozostałości, by nie rozsiewały tworzących się zarazków, równało, zasypywało dołki i podlewało. Do następnego rzutu należało dostarczyć grzybom tyle wody, jakiego spodziewano się następnego plonu pieczarek… Po tygodniu, sytuacja się powtarzała. I tak, do pięciu, a nawet u nas do sześciu tygodni. Potem półki się opróżniało, wywoziło kompost i dezynfekowało halę… Nie powiem, trochę chemii, w celach zapobiegawczych się musiało stosować. Choroby błyskawicznie podczas rzutów się rozprzestrzeniały, zabierając ze sobą nawet połowę ponów. Hodowla pieczarek to była bardzo ciężka i kosztowna uprawa…

Mam sporo spraw w tym tygodniu... Nie zdziwcie się jak będę pauzował... ;-*          

czwartek, 5 września 2013

              120. Gdy się grzybnię posiało, wyrównało i uklepało, przykrywało się ją gazetami i zraszało wodą. Trzeba było ją zresztą zraszać nawet i kilka razy dziennie, by była ciągle wilgotna. Grzybnia pod gazetami rozrastała się nawet trzy tygodnie. Obornik z brunatnego stawał się coraz bardziej ryżawo- siwy, pachniał już też grzybami. Wtedy to, przykrywało się go okrywą, wykonaną z torfu, gliny, piasku. Miała być chłonna, przewiewna o strukturze przypominającej gruboziarnisty żwir. To kosztowało lata doświadczeń, by taka okrywa spełniała swoją rolę. Torf przywoziło się z kopalni torfu, z łąk, dołów. Glinę brało z cegielni, a piasek ze żwirowni. Aby nie zawierała drobnoustrojów i szkodliwych bakterii, tydzień przed przykryciem nią substratu, trzeba było ją spasteryzować. Przez dwanaście godzin utrzymać bardzo wysoką temperaturę, praktycznie u nas, wręcz od dołu zagotować… Ojciec przedtem, gdy nie było pieca, odkażał ją tylko formaliną. Ciepłą, ale już nie gorącą ziemią przykrywało się obornik przy pomocy wiader i długiego grzebienia wykonanego samodzielnie. W okrywie, grzybnia rozrastała się szybko, gdy pierwsze strzępki zaczynały docierać do powierzchni, schładzało się powietrze z dwudziestu kilku stopni do nawet szesnastu, w zależności od rasy grzybni. Był to tak zwany szok termiczny. Powodował on zawiązywanie się na strzępkach grzybni owocników. Po kilkunastu dniach następował pierwszy wysyp, rzut grzybów.  
        119. Urządzenia i maszyny używane onegdaj do produkcji pieczarek to przecież widły, taczki, dziobaki wykonane z wideł, pace budowlane do ubijania. Wiadra, grzebienie wykonane z drewnianych łat z powbijanymi gwoźdźmi, opryskiwacze ręczne, szufle itp. rzeczy. Dopiero później, ojciec przystosował młocarnię ręczną do zboża na maszynę elektryczną do rozdrabniania obornika i torfu. No takimi narzędziami się pracowało. Fizycznie, ręcznie, ciężko. Wszystkie pomocnicze urządzenia jak płotki do układania pryzmy, szerokie widły, podjazdy i inne ułatwienia, ojciec mój sam wymyślał i wykonywał. Pracował ciężko i pewnie aż do przedwczesnej śmierci utrzymywał wspaniałą kondycję fizyczną. Ja też ani z mięśniami, ani kręgosłupem nie mam problemu. Byłem i nadal jestem bardziej wytrzymały na wysiłek fizyczny niż obecne młode pokolenie… Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Jako chory, mam zapas z którego niepełnosprawność może jeszcze czerpać… ;-D

środa, 4 września 2013

          118. Zaczynając produkcję w moich czasach producent pieczarek musiał zrobić kompost. Była to słoma żytnia lub pszeniczna wymieszana z nawozem końskim, kurzym, lub takim i takim. Zmoczona, ułożona w pryzmę i odkwaszona. Gdy była potrzeba, można było dodać nawozu azotowego. Taką pryzmę przerzucano przez maszynę co tydzień trzy razy. Dotleniało to ją, wpływało na rozwój pożytecznych drobnoustrojów, zmiękczało i łamało strukturę słomy. Towarzyszyła temu wysoka temperatura, która podczas parowania pozbawiała pryzmę wody. Trzeba było ją uzupełniać, dodawać gnojówkę która wyciekła spod pryzmy… Po wielu latach, podczas kursu w Holandii, dowiedziałem się, że proces ten wpływa także na powstawanie efektu cieplarnianego. Potem rozdrobniony, zmacerowany kompost zawoziło się do komór. Tam podlegał procesowi pasteryzacji. Utrzymywało się temperaturę do 60 stopni w kompoście przez kilkanaście godzin, by (najprościej mówiąc) związał się azot w kompoście zatruwający grzybnię pieczarek. Później przez kilka dni kompost na półkach stygł i dojrzewał. Na powierzchni pojawiała się pożyteczna pleśń i pojawił się specyficzny, chlebowy zapach. W schłodzonym i wywietrzonym pomieszczeniu, przy temperaturze około dwudziestu kilku stopni siało się grzybnię. Była to „pleśń” nitki grzybni pieczarki, zaszczepione na gotowanym ziarnie pszenicy. Rozsypywało się ją po powierzchni, mieszano i uklepywano. Jakich urządzeń i maszyn wtedy się używało do tego, napiszę w „Następnym numerze”… ;-D

wtorek, 3 września 2013

          117. (…) W ruinach starej cegielni (…) Takimi słowami zaczynał się reportaż, gdy przed laty przyjechał do nas reporter i zrobił materiał wyświetlony w ówczesnej telewizji publicznej. Potem było jeszcze kilka artykułów w lokalnej prasie. To było miłe, dowartościowało. Niewielu było w tym czasie pieczarkarzy, zwłaszcza na naszym terenie… Potem, nastała polityczna odwilż. Polska wieś, i nie tylko zaczęła się gwałtownie rozwijać. Można było wdrożyć w życie marzenia. Na miejscu starej, powstało nowoczesne, jak na owe polskie czasy - Rodzinne Gospodarstwo Rolne o Specjalizacji Pieczarkarskiej… Jak życie się wówczas u nas zmieniło… Ojciec kupił nowego Fiata, używanego Żuka, kolorowy telewizor, wyremontował dom, dostawił werandę, no i powstała przede wszystkim – pieczarkarnia… To wszystko w przeciągu kilku lat… Owszem było trochę kredytu, ale szybko się go spłaciło… Znowu naszej rodzinie zaczęło się powodzić i co najważniejsze, za zezwoleniem już władz… ;-D   



To zdjęcie jeszcze z wykańczania pieczarkarni. Wiele się zmieniło... Ta szopa, to część starego budynku cegielni przerobionej na pieczarkarnię... Ani pieca, ani komina już nie ma... To wszystko stało w drugiej hali uprawowej w tym dużym budynku... 


niedziela, 1 września 2013

           116. Pomysłem na życie mego ojca były pieczarki… Po zwolnieniu się z cegielni, wpadła mu w ręce książeczka Bukowskiego o uprawie pieczarek. Nie było wówczas w regionie nikogo, kto by się taką produkcją zajmował… Do tego celu zaadoptował piwnicę przy letniej kuchni rodziców. Była nieduża, warunki tam panowały prawidłowe, więc dlaczego by nie… Gdy się urodziłem, nie wiele słyszałem już o tych pierwszych próbach uprawy. Ale chyba się powiodły skoro już do celów uprawy zaadoptowane były szopy i stary piec do wypalania cegły. W rodzinie mówiono jedynie, że pierwsze grzyby zaczęły rosnąć pod półkami, bo nie miały szans by wyrosnąć prawidłowo bo im ojciec nie pozwalał… ;-D

czwartek, 29 sierpnia 2013

                115. Niedaleko jednej z bram wjazdowych stał budynek biura. Tam też czasem urzędowałem. Bawiłem się maszyną do pisania, urządzeniem do liczenia na korbkę, stało tam w koncie pod wieszakiem, dawno zapomniane naczynie tzw. spluwaczka… A co?... Pełna kultura… ;-D Za moich dziecięcych lat, była chyba mała stołówka, bo pamiętam panią kucharkę, kuchnię, naczynia… A może robiła ona tylko kawę robotnikom? Nie pamiętam... Obszar gdzie stały szopy, wyrobownia, różne budynki, warsztaty i torowisko był spory, z kilka hektarów… Były tam też dla mnie wspaniałe tereny do zabawy. Czyste stawiki, gdzie w krystalicznie czystej wodzie obserwowałem różne gatunki zielonych roślin i życie wodnych stworzeń. Żuków, rybek, pajączków, raków i różnokolorowych żabek. Godzinami mogłem tak siedzieć. Ale gdy tylko usłyszałem donośny głos mamy – Janusz, obiad!, na przykład, zaraz leciałem do domu… Zresztą, wszystko było wówczas moim domem… Ot, takie było wówczas życie - małego królewicza, jak mnie dziadek i kilkoro starszych pracowników nazywało… To były piękne czasy, jednak coś wisiało w powietrzu… Rządziła w tedy ekipa Gomułki. Gierek, i namiastka wolności  miała nastać jeszcze za kilka lat… Byłem młody, nie miałem trosk, dlatego wspominam te czasy z takim sentymentem… Chyba nie tylko ja… ;-D
           114.   Potem ciuchcia jechała, najczęściej ze mną, pod wyrobownię. To było różnie, raz kopalnia była o rzut beretem, czasami oddalona o pół kilometra. Glina nie była w jednym miejscu, kilka lat tu, za kilka lat tam… Były to takie różnej wielkości niecki… Ciuchcia ostawiała przy wyrobowni wagoniki z gliną i brała już opróżnione z powrotem do kopalni. Tu też były dwie bocznice i też jedna z pustymi, a druga z pełnymi wagonikami. Tu zostawałem i obserwowałem co będzie dalej. Był na dole pan, co podczepiał wagoniki z gliną do wyciągarki. Najpierw były to dwa, potem już podczepiano ich trzy. Długą pochylnią wędrowały potem one na górę wyrobowni. Był to chyba nawet czteropiętrowy budynek, więc miały wysoko. Gdy dotarły na górę, pracownik odpinał zabezpieczenia i uchylając kolebę wysypywał glinę na dół, do kosza zasypowego wielkiego pressa. Tam glinę mielono, dodawano wody, oddzielano zanieczyszczenia i kamienie. Wagoniki wracały z wielkim hukiem na dół i historia się powtarzała. Trzy piętra niżej, z prostokątnego otworu, wyciskana była glina w postaci bloku. Potem automatyczna gilotyna, z wielką prędkością cięła blok na cegły, pracownik układał je na piętrowe wagoniki, po cztery sztuki na każdy poziom. To był prawdziwy transporter. ;-D Na piętrach tego budynku były łazienki, pomieszczenia socjalne - przebieralnie, stołówka. Wagoniki podczepione były kółkami, do grubego łańcucha zawieszonego do solidnej, posmarowanej grubą warstwą towotu prowadnicy na metalowych podporach. Napędzał to wielki silnik umieszczony w maszynowni. Wagoniki wędrowały od szopy do szopy kierowane wielkimi kołami zębatymi, a było ich setki… W szopach, odbierali te cegły pracownicy i stawiali na półki z łat, by przeschły. Schły tak tygodniami by pod koniec lata zaczęto po kolei stawiać je znowu na wagoniki jadące w kierunku pieca.  Przy piecu, inni robotnicy, opróżniali je i stawiali na taczki, które wwożono do komory pieca. Tam ustawiano je piętrowo w ażurowe ściany by czekały na swoją kolej wypalania. Następnie, kładło drewnianą podpałkę i otwory którymi wwożono cegłę zamurowywano na glinianą zaprawę. Potem podpalano rozpałkę i zaczynało się wypalanie cegieł. Przez kilka dni sypano miał węglowy z otworów na górze pieca, pilnowano temperatury by na koniec zacząć schładzanie. Piec był duży, więc gdy z jednej strony wypalano, z drugiej schładzano, a dalej wywożono jeszcze ciepłą cegłę na plac by czekały na samochód, który zawiezie ją na budowę, do hurtowni czy do sklepu.